czwartek, 2 maja 2013


     Opowiadanie zostało napisane na potrzeby VIII Konkursu Literackiego - Mój Anioł, gdzie zdobyło trzecie miejsce w kategorii proza. Mam nadzieję, że Was również poruszy i się Wam spodoba :)

     Podobno każdy ma swojego anioła stróża, który go chroni i pilnuje aby nic złego mu się nie stało, jeśli go straci, dotyka go jakieś nieszczęście lub umiera, staje się niczym roślina bez korzenia, pozbawiona jakichkolwiek szans na przeżycie. Miałam wrażenie, że u mnie było zupełnie odwrotnie. Zastanawiałam się czasami, czy można urodzić się bez stróża. Nie byłam złą dziewczyną, ani nie imprezowałam, żeby zatopić w alkoholu smutki i troski. Nie, po prostu chadzałam w stadzie baranów, chciałam się zabawić, mieć ciekawych przyjaciół, na których można liczyć jeśliby mi się nudziło. Na początku tak mi się wydawało, ale gdy tylko zaczęły krążyć na mój temat plotki, best friends odwróciły się ode mnie. Nie miałam matki, zginęła w wypadku, kiedy byłam mała, wychowywał mnie tylko zapracowany ojciec, który myślał, że jeśli zapewni mi dobra materialne, to będę szczęśliwa. Dorastałam samotnie, gdyż nie miałam rodzeństwa, ponieważ byłam pierwszym dzieckiem moich rodziców. Rodzina gdzieś była, ale tak naprawdę miałam tylko ją, moją jedyną gwiazdkę na niebie, pośród mroku rzeczywistości – babcię. Podobnie jak ja nie miała praktycznie nikogo. Jako osiemnastoletnia panna zaszła w ciążę. Na wieść o tym rodzina się jej wyrzekła, a chłopak wyjechał twierdząc, że to nie jego dziecko. Ale będąc w moim wieku nie poddała się, a ja wciąż stąpałam po kruchym lodzie i żyłam wedle powiedzenia: „Nie przejmuj się przyszłością. Żyj tak, jakby jutro miał się skończyć świat.” Wyczekiwałam kolejnego piątku, aby wlać w siebie jak najwięcej alkoholu, nic nie pamiętać i wrócić do domu nad ranem. Pustego zresztą, bo ojciec co weekend był na „wyjeździe biznesowym”. Tak naprawdę jeździł do jakiejś kobiety i sądził, że niczego się nie domyślam.Gdy więc zbliżał się kolejny piątek, ja szykowałam się na imprezę. Jak zwykle wcześniej przyszły do mnie koleżanki i udałyśmy się do baru. Na początek wypiłyśmy kilka drinków i już po chwili każda była w innym zakątku sali. Światła kuli dyskotekowej wybijały rytm muzyki, przyprawiając mnie o, i tak już silne, zawroty głowy. Zaczęłam tańczyć sama, ale nie trwało to długo. Po chwili przyczepił się do mnie jakiś chłopak, całkiem ładny, wysoki, ubrany w zieloną koszulkę. Nigdy nie imprezowałam sama, wiem, że mój facet zabiłby mnie, gdyby dowiedział się, co robię gdy nie ma go na horyzoncie, ale nie przejmowałam się tym. Sama wiedziała, że on także nie ma czystego sumienia. Nieznajomy zaprosił mnie na drinka, a ja nie odmówiłam. Nie wiem, co z nim później robiłam i jak znalazłam się w domu, ale obudziłam się ze straszliwym bólem głowy i mdłościami. Zeszlam na dół, żeby coś zjeść, ale prędko zrezygnowałam, bo gdy tylko zobaczyłam jedzenie prawie zwymiotowałam. Kiedy się umyłam i doprowadziłam do ładu, była już godzina trzynasta. Zerkając na telefon, przypomniałam sobie, że jest sobota i jak co tydzień pojadę do babci. Ze staruszką nie było najlepiej, co prawda opiekował się nią młodszy syn, ale on także pracował i nie mógł zapewnić jej pełnoetatowej opieki. Wsiadłam na rower i obrałam kierunek wsi, w której mieszkała babcia. Przejeżdżając przez aleję kwitnących wiśni, przypomniałam sobie dzieciństwo spędzone w tej miejscowości. Wtedy jeszcze tato interesował się moim istnieniem i często chodziliśmy nad jezioro. W bardzo słoneczne dni lustro wody lśniło, a ja zawsze mu mówiłam, że to mama do nas macha z nieba. Ojciec zawsze się uśmiechał, ale widziałam, że w tamtych momentach nie czuł się dobrze, bolala go strata ukochanej, ale starał się tego nie okazywać.Kiedy dojechałam do znanego mi wzgórza, na jego szczycie stał stary drewniany domek niczym z bajki, o niebieskich, pastelowych ścianach i przepięknym małym ogródku obsianym krzewami piwonii rozkładającymi się na trawie i białymi różami rosnącymi przy płocie z drewninych sztachet. Od prawej strony wił się bluszcz, delikatnie obrastając frontową ścianę i wspinając się w stronę dachu. Miałam wrażenie, że tutaj czas się zatrzymał, nie było żadnej wojny, nie dotarła tu przerażająca nowoczesność i cywilizacja. Tutaj wszystkie domy wyglądały podobnie, tylko kilka zostało zbudowanych z pustaków, ale nie później niż dwadzieścia lat temu. Wejście do mieszkania mojej babci znajdowało się tradycyjnie, od strony podwórza. Kiedy weszłam, przywitał mnie zapach smażonych pączków. Ucałowałam twarz starszej pani uradowanej moim widokiem.- Coraz to piękniejsza! - wykrzyknęła babcia, przytulając mnie.Usiadłam przy stole. Babcia, mimo że poinformowałam ją o mojej diecie, postawiła przede mną talerz pączków z dziką różą i kubek gorącej herbaty. Nie było mowy o niezjedzeniu ich, gdyż wypieki mojej babuni wygrałyby w światowym konkursie kulinarnym, a poza tym nie wypuściłaby mnie, jeśli talerz nie byłby pusty. Zabrałam się za jedzenie, staruszka utykając usiadła po drugiej stronie stołu.- Jak się czujesz babciu?- Świetnie – powiedziała radośnie.Nie chciała mnie martwić, ale prawda była taka, że nie czuła się najlepiej. Dokuczały jej stawy i na dodatek miała podwyższony cholesterol.- Wujek w pracy?- Tak, ostatnio cały czas siedzi w tej pracy, nawet w soboty, a jak już ma wolne, to jedzie do dziewczyny i wraca w niedzielę po południu. Siedzę tu sama, czasami do Antoniukowej chodzę, jak mi tęskno do ludzi, ale to taka plotkara, że aż uszy bolą jak gada.Uśmiechnęłam się rozbawiona.- A tato? Co u niego słychać?- Wiesz, sama nawet nie wiem, ostatnio bardzo rzadko go widuję.Babcia zaczęła kiwać głową z zadumą i wypowiadać swoje słynne powiedzenie:- I taka to robota – po chwili zamyślenia dodała – Ale siebie chociaż mamy.Usmiechnęła się zawadiacko. Udwzajemniłam jej tym samym.- Wujek kupił ławkę do ogrodu. Taka ładna. Na jakiejś wyprzedaży. Za sto złotych! Może posiedzimy trochę na powietrzu?Przeszłyśmy do ogrodu i usiadlyśmy na ławce usytuowanej pod kwitnącą czereśnią. Za chwilę zbiegły się do nas koty.- Ale tu jest pięknie – westchnęłam. – Chcialabym mieszkać na wsi.- Jak się już wyniosę, ten dom będzie twój, zobaczysz.- Ta...- Masz – powiedziala babcia, wpychając mi coś do kieszonki – będziesz tam miala na lizaka chociaż.- Babciu...- Oj bierz i nie gadaj. Posprzątasz mi kiedyś.- No dobra – westchnęłam – w czwartek przyjadę, bo wcześniej kończę lekcje.Nagle rozległ się dzwonek mojego telefonu. Spojrzałam na ekran. „Arek”. „O nie!” - pomyślalam, odbierając.- Słucham?-Gdzie ty jesteś!? - wykrzyczał do słuchawki.- U babci.- To przyjeżdżaj szybko, bo mamy do pomówienia – rozłączyl się.Ogarnęło mnie przerażenie. Co jeśli ktoś mu powiedział?- Babciu, muszę już jechać – wstalam pospiesznie i przytuliłam babcię.- Poczekaj! Dam ci jeszcze pączków!- Innym razem! - odkrzyknęłam, wsiadając na rower.Pedałowałam ile sił w nogach i modliłam się, żeby ojciec był w domu. Kiedy dotarłam na osiedle, mój „chłopak” stał przy wejściu do bloku nadzwyczaj wściekły. Zsiadłam z roweru, powoli kierując się w jego stronę.- Gdzie wczoraj byłaś? - zapytał.- Na imprezie – odpowiedziałam spokojnie.- Mówiłaś, że się źle czujesz!- Ale mi się polepszyło.Zdenerwowala go moja odpowiedź. Wyrwał mi rower i odrzucił go na chodnik. Patrzył na mnie z taką wściekłością i nienawiścią, że zaczęłam się zastanawiać jak, mogłam go kochać. Na moje szczeście ulicą przechodził policjant i zaczepił Artura, w tym czasie wślizgnęłam się do budynku. Kiedy dotarłam na górę, trzęsącymi się rękami otworzyłam drzwi i wybuchłam histerycznym płaczem. Po paru sekundach zabrzmiał dźwięk domofonu. Podnioslam słuchawkę.- Otwórz mi – nalegał przyciszonym glosem.- Wynos się – krzyknęlam przez łzy- Mój kumpel widział cię wczoraj w TeŻeWe, podobno świetnie się bawiłaś!Odłożyłam słuchawkę, ale za chwilę znowu zadzwonił.- Odejdź, bo wezwę policję! - warknęłam na powitanie.- Tylko spróbuj! Otwieraj!Ponownie się rozłączyłam i poszłam do swojego pokoju. Płakałam w poduszkę przy dźwięku domofonu. Ucichł po jakichś dwudziestu minutach. Wieczorem wrócił ojciec i nawet zamieniłam z nim kilka zdań. Przez kilka dni nie wychodziłam z domu, dopóki nie zadzwoniła do mnie koleżanka i nie powiedziała, że zamknęli Artura, bo pobił jakiegoś chłopaka. Gdy to usłyszałam, odetchnęłam z ulgą, ale od razu nasunął mi sie obraz chłopaka, z którym tańczyłam w klubie. Postanowiłam następnego dnia pójść do szkoły. Pierwsza była matma. Przebiegła całkiem pomyślnie, dostałam czwórkę za rozwiązanie zadania na tablicy, ale po geografii opuściłam mury szkoły, bo na trzeciej i piątek lekcji miał być polski. Wróciłam do domu, przebrałam się, zjadłam drugie sniadanie i pojechałam doskonale znaną mi trasą przez wiśniowe alejki. Dwa dni wcześniej rozmawiałam z babcią prez telefon, tato mówił, że była u lekarza, bo miała bardzo wysokie ciśnienie i teraz źle się czuje. Gdy zmartwiona weszłam do drewnianej chatki, przy stole siedział wujek czytający gazetę, w kuchni unosił się zapach pieczonej kaczki w słynnym sosie jabłkowym, a babcia, ku mojemu zdziwieniu, stała przy kuchni gazowej i nuciła coś gotując zupę.- Cześć Oluniu! - uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając złoty ząb.- Cześć babciu, hej wujek. A ty nie w łóżku?- Jakim łóżku?- Tato mówił, że byłaś u lekarza...- A no byłam. Przypisał mi leki i do domu. To było tylko chwilowe, już się dobrze czuję, mój synek w domu jest i wnusia przyjechała, czego więcej można chcieć od Boga i tak już hojnego?- To świetnie! - odetchnęłam z ulgą – martwiłam się.- Nic się o mnie nie martw! Siadaj do stołu zaraz pyszna kaczka będzie, dopiero co po podwórku latała.Uśmiechnęłam się do wujka, rozmawialiśmy chwilę. Kilka minut później babcia podała zupę i kaczkę i zasiedliśmy do wspólnego posiłku. Ostatnio jadłam rodzinny obiad pod koniec marca, na Wielkanoc, więc było bardzo przyjemnie. Wujek wyznał nam, że chce oświadczyć się Weronice. Babcia była taka podekscytowana i szczęśliwa. Po obiedzie zabrała się do smażenia naleśników. Wwujek poszedł oglądać telewizję, a ja wzięłam się za obiecane sprzątanie. Zajęło mi to tylko godzinę, a gdy skończyłam, razem z babcią zaczęłyśmy pałaszować naleśniki ze znakomitym dżemem z malin i jabłek. Rozmawiałyśmy, a ona wciąż była podniecona decyzją jej syna i cały czas o tym mówiła. Nagle, nie wiadomo kiedy, wybiła godzina osiemnasta i jeśli chciałam dotrzeć do domu przed zmierzchem musiałam zacząć się zbierać.- A może zostaniesz na noc? - zaproponowala babcia.- Chciałabym, ale jutro muszę iść do szkoły. I tak mam zaległości.Tak naprawdę szykowałam się na domówkę u koleżanki, postanowiła urządzić ją w czwartek, żeby przedłużyć sobie weekend, ale nie chciałam urazić babci.Babcia zapakowala mi kilka naleśników i dżem, pożegnałyśmy się i wyszłam z domu, zaraz za mną wyszedł wujek.- Myślalam, że masz wolne.- Chciałbym, wczoraj miałem, dziaj niestety na trzecią zmianę. Może cię podrzucić?- Nie, jestem rowerem.- Aha...to miłej drogi – uśmiechną, się wsiadając do samochodu.Z okna wyjrzała babcia i pomachała nam, więc odwzajemniliśmy jej tym samym i każdy pojechał w swoją stronę. W domu, na stole w kuchni zastałam kartkę, na której było napisane: „Dzisiaj nie wracam na noc, bo mam bardzo ważne spotkanie biznesowe w Lublinie, ale kiedy wrócę, będziemy mieli do pomówienia. Dzwoniła twoja wychowawczyni”.Machnęłam ręką na wiadomość od ojca i zaczęłam się szykować na imprezę. Około godziny dziewiętnastej zadzwoniła kumpela z wiadomością, że zaraz mam być w jej domu, bo jest świetna zabawa i zażartowała, że alkohol się kończy. Wzięłam torebkę i wyszłam z domu. Kiedy dotarłam na miejsce, w jej domu było pełno ludzi. Po wypiciu kilku piw postanowiłam wykąpać się w basenie, mimo że był dopiero początek maja. Oczywiście nie skończyło się na pływaniu. Razem z dziewczynami postanowiliśmy wskoczyć do basenu toples. Dalsze zdarzenia widzę jak przez mgłę. Wypiłam kilka drinków i całowałam się z jakimś chłopakiem. Ale o dziwo, pamiętam. jak zataczałam się po schodach do mojego mieszkania. Nad ranem obudził mnie dzwoniący telefon, popatrzyłam na zegarek, była czwarta piętnaście. Pomyślałam, że zaraz przestanie, ale wciąż dzwonił, więc sięgnęłam za szafkę i wyłączyłam go z gniazdka. Ponownie oddałam się w objęcia Morfeusza. Następnego dnia obudził mnie tato, który wszedł do mojego pokoju. Zaspana oworzyłam oczy, usiadł na brzegu łóżka. Podniosłam się, przecierając twarz ręką. Ojciec miał grobową minę. Spodziewałam się najgorszego, ale nie tego, co mi powiedział.- Babcia umarła – Kiedy to powiedział miałam wrażenie, że ktoś wyrwał mi serce i rzucił je krokodylom na pożarcie – dzisiaj nad ranem o czwartej trzydzieści.Zaniosłam się histerycznym płaczem, tato nie wytrzymał i wyszedł. Przypomniałam sobie dzwoniący telefon, podłączyłam go do gniazdka, podbieglam i wcisnęłam „redial”, po chwili w słuchawce odezwał się smutny głos wujka. Natychmiast się rozłączyłam i zaczęłam ryczeć. Płakałam przez godzinę. Nie moglam w to uwierzyć, miałam ochotę obudzić się z tego koszmaru i przytulić babcię.Na pogrzebie tato bardzo mnie wspierał i był blisko mnie. Gdy wróciliśmy do domu, czułam się znacznie lepiej. Zagadnęłam do niego.- Dlaczego wciąż pracujesz? Nie masz dla mnie chwili, widujemy się tylko wieczorem, ciągle wyjeżdżasz na spotkania biznesowe i zostajesz do późna w pracy! Myślisz, że tego nie potrzebuję? Że jestem już dorosła? Dlaczego nie poświęcasz mi czasu? - po policzku spłynęly mi łzy.- Przepraszam – spuścił wzrok.- Tylko tyle?Podszedł do mnie i mnie przytulił.- Przepraszam – zadrżał mu głos. – Przepraszam, obiecuję, że to się nie powtórzy – nie ukrywał już łez. – Obiecuję się zmienić.- Ja też ci to obiecuję, tato.Płakaliśmy tak razem, nie z rozpaczy, tylko ze szczęścia. Kilka dni później tato przyszedł do kuchni, gdy jadłam obiad i usiadł obok mnie.- Mam świetną wiadomosć – oznajmił – będziesz przeszczęśliwa.Popatrzyłam na niego z zaciekawieniem.- Okazło się, że jesteś jedną ze spadkobierców domu po babci – uśmiechnął się.Jak zwykle myśli tylko o pieniądzach.- Nie rozumiesz? - potrząsnął mną – Zamierzam zapłacić wujkowi Andrzejowi i jeszcze na początku wakacji zamieszkamy na wsi!Teraz siedząc na ławce jako dorosła kobieta, w miejscu, w którym czas się zatrzymał, trudno jest mi uwierzyć w to, jaka kiedyś byłam. Patrząc na moje dzieci bawiące się w magicznym ogrodzie, z przykrością stwierdzam, że nie mają babci, ale mają matkę, która zapewni im ciepło i miłość, sprawi, że dzieciństwo będzie ich najlepszym okresem w życiu. Teraz jestem pewna, że każdy ma swojego anioła, który jest jego zwierciadłem duszy i chroni go, nieważne jak daleko się znajduje. Dzisiaj żyję w myśl mniej toksycznej zasady, albowiem: „Nie przejmuj się przyszłością, ale żyj tak, aby każdy bliźni czuł się przez ciebie kochany”.

niedziela, 17 lutego 2013

STŁUMIONY GŁOS SPRAWIEDLIWOŚCI

Witam! Dzisiaj pokaże wam opowiadanie gatunku, który bardzo lubię, nie jest on łatwy ale czytanie go sprawia, że na mojej twarzy pojawiają się wypieki, a włosy na głowie stają mi dęba. Albowiem dziś będziecie mieli okazje przeczytać kryminał. Miał on pójść na konkurs, ale się nie odbył więc serwuję go moim drogim czytelnikom. Jest to mój pierwszy kryminał, więc proszę o wyrozumiałość.

Pomieszczenie było ciemne, jedynie zza uchylonych drzwi wylewał się strumyk światła. Na podłodze leżał skrępowany mężczyzna w zaplamionym krwią garniturze. Jego zielone oczy wpatrywały się z przerażeniem w szparę między drzwiami, zza których dobiegał głos rozmowy telefonicznej:
  • Kiedy dostanę kasę?
  • Najpierw skończ z tym skurwysynem!
  • Chciałbym się jeszcze trochę pobawić.
  • Samochód już rozbity, grabarz czeka, zrób to, do wora i będzie kasa.
Rozległ się dźwięk przerwanego połączenia. Mężczyznę dobiegł odgłos kroków. Zbliżały się ku drzwiom. Oślepiający blask jarzeniówki, sprawił, że jego źrenice się zwęziły. Poczuł strach.
  • Co, skurwielu? Lepiej ci teraz? Kasy miałeś w pęczki, po co ci była ta jebana prawda? Dziecko w drodze, żonka taka dupeczka, że ohoho... ale się nie zmarnuje.
Ofiara zaczęła się szamotać. Kat kopną go w brzuch.
  • Cicho! - powiedział. – Zaraz będzie po krzyku.
                                                                   ***
Przez korytarz szła ciężarna kobieta w czarnym płaszczu i tego samego koloru kapelusiku. Spod kapelusza wystawały jasne włosy okalające drobną buzię, jeszcze tak bardzo dziewczęcą. Kobieta wyglądała jak nastolatka, w sumie, niedawno nią była. Usiadła na ławce tuż obok sztucznej choinki upstrzonej starymi, kolorowymi bombkami i w połowie nieświecącymi lampkami. Niepozornie bystre, piwne oczy świdrowały białe, pilśniowe drzwi z wywieszką : „Dyrektor, Jan Laskowiecki”. Po chwili drzwi uchyliły się, kobieta raptownie się podniosła. Mężczyzna przyjaznym gestem zaprosił ją do środka. Gdy usiedli od razu zapytał:
  • Jak się pani czuje? Czy z dzieckiem wszystko w porządku?
  • Tak, dziękuję. Przyszłam, żeby pana o coś zapytać.
  • Jestem gotowy udzielić pani odpowiedzi. Słucham.
  • Czy Adam...czy Adam miał z kimś jakieś niewyjaśnione sprawy?
  • Co pani rozumie przez „niewyjaśnione”?
  • Czy był ktoś, kto mógłby mu źle życzyć?
  • Pani Julio...Wiem, że to dla pani trudne, ale proszę się z tym pogodzić.
Kobieta dotknęła brzucha, w jej oku zakręciła się łza.
  • Adam zginął w wypadku. Nie ma w tym niczyjej winy
  • Ja po prostu przeczuwam, że ktoś ma związek z tym, co się stało.
  • Pani Julio – westchnął mężczyzna.
  • To mi nie daje spokoju. Ta myśl, że mógłby być przy mnie, kiedy nasze dziecko się urodzi, że nauczyłby je jeździć na rowerze, kochać je, być ojcem... i mężem.
Emocje eksplodowały pod postacią łez. Mężczyzna podał jej chusteczkę. Kiedy się nieco uspokoiła, kontynuowała.
  • Znalazłam ostatnio list z pogróżkami. Ewidentnie ktoś chciał go uciszyć.
  • Niech mi pani obieca, że nie będzie się pani więcej mieszała w te sprawy. Adam był moim pracownikiem, ale przede wszystkim przyjacielem, muszę zadbać o pani bezpieczeństwo.
  • Czyli nie mogę na pana liczyć?
  • Pani Julio... to dla pani dobra. .
  • Do widzenia.
Wstała i wyszła, pozostawiając Laskowskiego wpatrzonego ze złością w miejsce na futrynie, w którym zobaczył ostatni skrawek jej płaszcza.
Wdowa wyszła na ulicę. Wokoło były porozwieszane świąteczne ozdoby, za witrynami znajdowały się kolorowe prezenty, swetry w renifery, skarpetki w promocji, wielobarwne paczuszki Jaki był tego wszystkiego sens? Jaki był sens kupowania męskich skarpet, strojenia się w czerwień, którą Adam tak kochał? Jaki był sens świąt bez niego? Straszna wiadomość o wypadku dotarła do niej w nocy z 28 na 29 listopada. Jej mąż był w delegacji, miał wrócić 30, ale sarna wybiegła mu na drogę i usiłując ją ominąć, uderzył w drzewo. Zginął na miejscu. Ciała nie widziała, bo rzekomo był to zbyt drastyczny widok. Julia była osobą wrażliwą o przyjaznej duszyczce, bardzo nieodporną na cierpienie innych. W czasach komuny, kobietom wygodniej było uchodzić za naiwną, niż feministkę.
Julia weszła na klatkę schodową, przekręciła klucz w drzwiach, za którymi czekało na nią tylko puste mieszkanie, bez ślęczącego wciąż przy maszynie do pisania faceta o brązowych lokach i inteligentnych zielonych oczach. Kobieta weszła do kuchni, zrobiła sobie herbatę, po czym podreptała do gabinetu męża. Podeszła do kredensu i wyjęła tomik poezji Juliusza Słowackiego. Wydobyła z niego kartkę, ze znaną już na pamięć treścią, odsłoniła zasłonę i przykleiła list do ściany obok kilkunastu innych nalepek. Były to między innymi zdjęcia z miejsca zbrodni, własne zapiski, bardzo niewiele. Usiadła, żeby spisać przebieg dzisiejszej rozmowy. Nie wnosiła niczego do sprawy, poza kolejną niewiadomą. W zasadzie najcenniejszym dowodem był list z pogróżkami, skierowany do niej. Pojawił się zaraz po jej konwersacji z najlepszym przyjacielem męża. Podzieliła się z nim swoimi przeczuciami, powiedziała mu odrobinę więcej niż komendantowi policji, z którym wcześniej rozmawiała, oraz Laskowieckiemu.
Oparła się o krzesło i patrzyła na sufit. Czuła się bezradna. Miała prawie pewność, ale żadnych niezbitych dowodów. Na zewnątrz wydawała się być smutna, przygnębiona, ale w środku niej znajdowała się otchłań rozpaczy. Strach sprawiał, że jeszcze bardziej krwawiła, jej serce było podziurawione jak sito, każdy dzień zadawał sztyletem kolejny cios. Każda myśl o nim, każde spojrzenie na jego zdjęcie bezlitośnie raniło jej psychikę. Lecz wiedziała, że wkrótce na świat przyjdzie ich dziecko i musi nie mieć wyrzutów sumienia, gdy powie mu, że jego ojciec był natchnionym obrońcą sprawiedliwości. Tak właśnie w jej oczach wyglądał. Już pierwszego wieczora kiedy go poznała, znalazła z nim nić porozumienia, która po niedługim czasie przerodziła się w miłość i pożądanie. Było to niecałe dwa lata temu. Wybrała się wtedy na wieczorek poetycki do Kawiarni Ziemiańska. Początkowo nie była do tego zbytnio przekonana, miał tam się pojawić jakiś młody dziennikarz, świeżo po studiach. Ale gdy tylko zobaczyła jego bystre oczy, jakby przysłonięte niewidoczną mgłą, odcinającą go od świata, nie żałowała straconego czasu. Mówił z głębi serca, był cyniczny i szczery w swoich wypowiedziach, to jej się podobało, bez żadnego dystansu, prosto z mostu i przede wszystkim był oszałamiająco przystojny. Została po spotkaniu i zaczepiła go pytając o coś z jego wykładu. Od razu zauważyła błysk w jego oku, ubrana w czerwoną sukienkę odznaczała się od wszystkich pań ubranych w małe czarne, miała wtedy włosy do łopatek, lekko podkręcone, a na ustach czerwoną szminkę kontrastującą z jej nieskazitelną, porcelanową cerą. Zaprosił ją na kolację, później umówili się na kolejną...i kolejną, po której zaproponował jej pokazanie swoich artykułów, znajdujących się w domu. Była pod wrażeniem, jego mieszkania, nie było bardzo duże, ale urządzone na bogato, zaprosił ją do salonu. Kiedy oglądała jego płyty, przyszedł z butelką wina, usiedli na sofie. I wylądowali, mimo że znajdowała się na drugim końcu mieszkania, w sypialni. Nigdy wcześniej nie była blisko z mężczyzną, podobała się jej jego natarczywość, ale jednocześnie delikatność. Niedługo później, bo po trzech tygodniach, oświadczył się jej. Później był ślub, wiadomość o ciąży, kilka miesięcy szczęśliwego, beztroskiego życia i śmierć ukochanego. Siedziała i płakała, w jej głowie rodziła się myśl. Wstała i podeszła do regału, zza niego wyciągnęła notes, zawahała się, po czym zaczęła czytać. Czytała dziennik męża bardzo dogłębnie, analizowała wers po wersie, znalazła tam potwierdzenie swoich przeczuć. Ktoś chciał go uciszyć, lecz jeszcze nie wiedziała kto.
Następnego dnia wzięła pamiętnik i udała się do redakcji. Miała Laskowieckiemu wiele do powiedzenia. Los tak chciał, że akurat trwało zebranie, Julia nie zamierzała czekać. Po wpływem impulsu wyjęła na stół wymówienie jej świętej pamięci męża, dzienniczka na szczęście nie. Mężczyźni zareagowali gromkim śmiechem.
  • Pani Julio...niech pani już przestanie, to wymówienie nie jest nawet podpisane. Nie wydał go nikt z sekretariatu.
  • List z pogróżkami, wymówienie i niezałatwione sprawy świadczą same za siebie – wykrzyczała kobieta.
  • Proszę nam nie przeszkadzać, rozmawiamy tu o ważnych rzeczach, nie powinna pani rozgrzebywać tej sprawy- z ironią dodał. - Naprawdę sama pani na to wpadła?
Laskowiecki wyraźnie kpił z kobiety.
  • Tak – dodała z udawaną dumą i głupawym uśmiechem.
  • Jestem pełen podziwu, na pewno byłaby pani świetnym detektywem.
Mężczyźni ponownie wybuchli śmiechem
  • Ale teraz proszę już wyjść.
„Wszystko przebiega zgodnie z planem” - myślała wychodząc. - „Rybka właśnie połknęła haczyk”
  • Musimy uciszyć w końcu tą sukę - niemalże wrzasnął.

                                                                      ***
Był mglisty wieczór, około godziny dwudziestej drugiej. Miasto już zasypiało, o tej porze i przy tej pogodzie nikt bez konieczności nie wychodził z domu. Julia wracała od swojej matki. Bardzo nalegali z ojcem, że ja odwiozą, ale pod naciskiem córki odpuścili, ponieważ jej mieszkanie znajdowało się tylko dwie ulice dalej. Kroczyła w miarę szybko, biorąc pod uwagę to, że była w zaawansowanej ciąży. Ulica, którą szła, nie była ruchliwa, zwłaszcza wieczorem, dlatego stukot jej obcasów był najgłośniejszym dźwiękiem. Rozmyślała, gdy z za rogu z piskiem wyjechał samochód. Zatrzymał się gwałtownie obok niej. Wszystko działo się w bardzo szybkim tempie. Z pojazdu wybiegł mężczyzna. Była tak oszołomiona, że nie pomyślała nawet o ucieczce. Całe życie stanęło jej przed oczami, napastnik zadał trzy zdecydowane ciosy w jej brzuch i Julia upadła. Auto w równie szybkim tempie odjechało. Nie straciła przytomności, dalej widziała wszystko jak przez mgłę. Pamiętała, że leżała na śniegu w zabrudzonym czerwoną farbą, bardzo dziwnym, ciepłym. Słyszała krzyk matki. „Jak zwykle dramatyzuje”- pomyślała. Widziała zielonookiego mężczyznę stojącego nad nią razem z jej ojcem. Zielonooki trzymał na rękach niemowlę, bardzo ładne, podobne do niego. Słychać było jakieś szepty, jakby zagłuszane przez głośną muzykę, mimo że wokół panowała cisza. Wyłowiła z nich jedno zdanie „zaopiekuję się nią, nie martw się...to jeszcze nie pora, musisz pojechać do szpitala.”
Ocknęła się w łóżku, odruchowo dotknęła brzucha. Był płaski jak deska. Płakała przez sen, jej gruczoły łzowe były już wyschnięte, niezdolne do wytworzenia łez. Straciła jedyny znak, że kiedyś był w jej życiu Adam, straciła dziecko będące sensem jej dalszego życia. W jej głowie krążyły myśli samobójcze. Ale pozostało jej jedno zadanie, które musiała wypełnić. Sprawiedliwości musiało stać się za dość.
Po kilku dniach Julia wróciła do domu. Wyglądała jak wrak człowieka, wykończona fizycznie i zmęczona psychicznie, ale jeszcze zdolna do racjonalnego myślenia. Usiadła w gabinecie. Miała notatnik, w którym widniał wyraźny zapis. Adam pisał jakieś artykuły, które komuś się nie spodobały. Wiedziała komu, ten ktoś pracował z nim, był nieuczciwy, postępował niezgodnie z prawem, chciał uciszyć jej skarb, stłumić głos sprawiedliwości, zagłuszyć go. Jutro złoży zeznania. „Ehh, jutro Wigilia” - pomyślała - „Trzeba odwiedzić matkę”.
***
Obudził ją dźwięk przekręcanego klucza w drzwiach. Pierwsza jej myśl „Pewnie Adam wrócił z delegacji”, ale prawda uderzyła ją niczym kilofem. Zaspana zapaliła lampkę nocną, postać za drzwiami zbliżyła się do drzwi. Zdradziła się, to koniec. Poczuła paraliżujący strach, zerwała się na równe nogi. W jej głowie szalała burza, słyszała dzwony żałobne, wiedziała, że to koniec, za chwilę pozna prawdę, której już nie zdąży pokazać światu. Ciemna sylwetka nacisnęła na klamkę. Serce uderzało jej tysiąc razy na sekundę, przełknęła ślinę, drzwi odchyliły się. Zamaskowana postać była przerażająca, ubrana na czarno, w kominiarce. Mężczyzna uśmiechną się szyderczo. Kobieta widziała całe zdarzenie, jakby w zwolnionym tempie. Włamywacz powoli sięgną do kominiarki i ją zdjął, odsłaniając znajome kobiecie rysy twarzy. Niemalże szkarłatne oczy biły nienawiścią.
  • A- Adrian? - wycedziła.
  • Co ty taka zdziwiona, nie poznajesz najlepszego przyjaciela swojego męża? Przyszedłem w odwiedziny.
Julia takiego scenariusza się nie spodziewała.
  • A więc to ty? Jak mogłeś?
  • Między innymi – zrobił krok do przodu, ona się cofnęła – w mniejszym stopniu, ale ja. Nie bezpośrednio, ale tak.
  • Dlaczego?
  • Oh – westchnął i usiadł na fotelu – ale to szablonowe, teraz ja wyjawię ci prawdę, ty będziesz zdziwiona i przerażona, ale ktoś przyjdzie ci na pomoc i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Eh. Jesteś naprawdę piękną kobietą. Kiedy przyszłaś pierwszy raz do kawiarenki, nam obu się bardzo spodobałaś. Ach, te twoje długie nogi.
Julia stała przy ścianie przerażona.
  • Ale nie bój się, nie zgwałcę cię, już mnie nie pociągasz. Byłaś z nim, to obrzydliwe.
  • Zamknij się! - krzyknęła resztkami sił.
  • Cicho – szepnął – zaraz będzie po krzyku.
I znowu czas przyśpieszył, okno otworzyło się nie wiadomo kiedy. Znalazła się na zewnątrz.
  • Wesołych Świąt! - usłyszała.

                                                                    ***
Na łóżku leżał mężczyzna, obok niego spała kilkuletnia dziewczynka o brązowych kręconych włosach i zielonych oczach, wtulona w blondwłosą kobietę. Pościel była wykrochmalona i pachniała świeżością. Pokój był znajomy im wszystkim.
  • Kochanie – szepnął zielonooki. – Julcia.
Kobieta obudziła się, rozpromieniała uśmiechem.
  • Tak tęskniłam.
  • Ja też. Cii, nasz skarb śpi.
  • Chcę ją poznać.
  • Spokojnie, niech się wyśpi. Mamy dla siebie całą wieczność.

wtorek, 5 lutego 2013

Wehikuł czasu

Witam! Ostatnio grzebiąc w papierach znalazłam coś co mnie wprawiło w samozachwyt, albowiem moje wiersze z dzieciństwa. Już jako dziecko coś pchnęło mnie w stronę literatury, jak widać. 


Serduszko

Wierszyk jest krótki, ale milutki.
Koszyczek,
w nim jabłuszko,
w jabłuszku serduszko.



Zielony tapczanik

Zielony tapczanik,
wieprzek siedział na nim
i ciągle zjadał banany,
a od tego ciągle dostawał nagany.

Wiosna w trawie

Szła raz wiosna i chowała się po kątach,
bo nie wiedziała, czy już pora by się krzątać.
Szła przez lasy i chowała wiosenne marakasy.
Szła też przez domki, zobaczyła tam bąki.
Pomyślała: ,,Są bąki, więc pora siać łąki".

Mała myszka

W dołku małym,
w norce maciupkiej,
 siedzi myszka,
o duszy milutkiej,
lecz boi się kota.
Ale ty jej powiesz,
że kot nie jest w zmowie.

Twój stworek

Bo może gdzieś,
gdzieś w ukryciu,
jest twój stworek, 
który ci powie,
co możesz, 
a czego wyobraźnia nie pojmuje.
Na przykład:
tabliczki mnożenia,
krzewów policzenia
i z diabłem się zmierzenia.

Lato

Żaby już fikają,
Ryby już pluskają,
Dzieci latawce puszczają,
Bo letnie czasy się zbliżają.

Wiosenne koraliki

Wiosna jak koraliki,
żółte mlecze rozsypała.
Uplotła tony kolczyków,
z wiosennych koralików.
Nad brzegiem morza i na drogach burzystych,
bo trzeba się przygotować,
by puszkiem poszybować

Kiedy je pisałam miałam góra dziesięć lat. Pamiętam, że wynosiłam fotel na balkon, brałam zeszyt i czekałam na natchnienie. Jakiś czas szukałam zeszytu, ale się zawieruszył, więc przestałam pisać.
Ostatnio sprzątając w pokoju przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie, a w głowie pojawiła się myśl; ,,To na prawdę ja napisałam?'. . Niektóre wersy mnie przeraziły (,,Z diabłem się zmierzenia"), ale są to na pewno twory mojej wyobraźni.
  Co o nich sądzicie? Byłam zdolnym dzieckiem? Mnie osobiście najbardziej podobają się ,,Wiosenne koraliki", a wam?