sobota, 15 grudnia 2012

Lubie to

Witam! Dzisiaj chciałabym wypowiedzieć się na temat tego, co dzieje się na popularnej, ogólnokrajowej stronie facebook.com, albowiem inwazji "I like it".

 Potencjalnym zadaniem Facebooka jest umożliwianie kontaktu osobom z różnych zakątków świata oraz udostępnianie ważnych informacji i zdjęć. Tymczasem logując na niego możemy zobaczyć setki aplikacji udostępniających obrazki z napisem typu „Jeśli jadłeś kiedyś chleb kliknij lubię to”. Odpowiedź jest oczywista. Jeśli każdy użytkownik zobaczyłby to zdjęcie i musiałaby uczciwie zadecydować, liczba „Lajków” zrównałaby się z listą osób zarejestrowanych na Facebooku. Więc co chce osiągnąć człowiek, który wprowadził ten obrazek do obiegu w sieci? Czy ma on z tego jakieś zyski? Czy dostaje pieniądze za robienie z ludzi idiotów? A może „Lajki” są jego niezbędnym do życia pożywieniem? Przedstawmy możliwy przebieg zdarzeń:

Pan X loguje się na facebooka, widzi, że jego znajoma Pani Y polubiła obrazek, na którym widniał napis "Jeśli kochasz swoją mamę, kliknij lubię to. Jeśli nie, zignoruj ." W głowie Pana X rodzi się myśl "Kliknę, żeby nie było, że nie kocham matki." Jego znajomi zostają powiadomieni, że Pan X polubił zdjęcie i tak łańcuszek jest przekazywany dalej, dalej i dalej...zatacza się błędne koło. Takie rzeczy są bardzo irytujące.

Co o tym sądzicie? Nie zgadzacie się? Zgadzacie? Czekam na wasze opinie.
~pozdrawiam :)

wtorek, 4 grudnia 2012

Na zachętę - ,,Srebrny pierścień"


Witam! Na początek postanowiłam pokazać się wam z mojej mocnej strony. Przedstawiam wam mojego tworu opowiadanie fantasy, które jest moim ulubionym gatunkiem literackim. Miłego czytania.

Było to późne wrześniowe popołudnie, piątek. Słońce świeciło, ale wiał chłodny, jesienny wiatr. W powietrzu unosił się zapach końca lata. Ostatnie ciepłe dni przemijały nieubłaganie, by wkrótce ustąpić miejsca deszczowej szarudze. Siedziałam na balkonie czytając książkę. Ilekroć próbowałam skupić się na jej treści, coś odwracało moją uwagę. Za moim domem rozciągał się piękny widok na wzniesienie, na którym znajdował się Małochwiej Mały, za nim różnokolorowe pola, a na uwieńczeniu wzgórza rósł las. Słońce przygotowywało się do wieczornej, wielobarwnej wędrówki po niebie, a mnie aż skręcało z wściekłości, że nie mam się czym zająć.
  • Kasiu, rozwieś pranie - dobiegł mnie głos mojej mamy.
    Myślałam, że wybuchnę z rozdrażnienia, ale powstrzymałam się do pewnego stopnia.
  • Nie mam czasu i ochoty – warknęłam, zamaszyście zamykając książkę. Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i z naburmuszoną miną wpatrywałam się w ciągnik, orzący w oddali pole. Przerażała mnie wizja jutrzejszego dnia. Sobota. W domu istny burdel, według mojej mamy, na polu ziemniaki, które trzeba zebrać.
  • Może w końcu byś w czymś pomogła? Cały tydzień tylko wymigujesz się lekcjami, więc może chociaż w piątek byś coś zrobiła?
      Poczułam, że nie wytrzymam ani chwili dłużej. Musiałam jak najszybciej wyjść z domu. Zeszłam do piwnicy i wyprowadziłam rower na podwórko, a następnie na ulicę. Wsiadłam na niego i popędziłam przed siebie. Skierowałam się w stronę zgórki, rozłożyłam ręce i zamknęłam na chwilę oczy.
      Czułam wolność, pragnienie przeżycia przygody jak z filmu. Postanowiłam pojechać w kierunku lasu. Zostawiłam rower gdzieś w krzakach i zagłębiłam się w przycienionych gęstwinach drzew. Niebo zaczynało zmieniać kolor na pomarańczowy. Przedzierałam się przez krzewy nie zważając na zadrapania. Zrobiło się chłodno lecz nie przejmowałam się tym. Gałęzie mierzwiły moje włosy, musiałam zamknąć oczy, żeby ich sobie nie wykuć Gdy je otworzyłam oślepił mnie blask bijący spomiędzy dębów. Rozciągała się za nimi duża polana przyozdobiona licznymi polnymi kwiatami, które lśniły w srebrzystej poświacie. Kiedy uniosłam wzrok ujrzałam pięknego, białego konia. Zrobiłam krok do przodu i dostrzegłam, że z czubka jego głowy wyrasta srebrny róg.
  • O matko! - szepnęłam
Śnieżnobiała grzywa i piękny ogon delikatnie powiewały na wietrze. Trzymał głowę w górze, wdzięcznie się prezentując. Unosiło się nad nim coś, jakby mgła, w której znajdowały się błyszczące drobinki. Sięgnęłam do kieszeni aby zrobić zdjęcie. Na moje nieszczęście, nie wzięłam telefonu. Ale nie było to wtedy najważniejsze.
Jednorożec chyba wyczuł moją obecność, bo zaczął zmierzać w przeciwną stronę. Musiałam pójść za nim, czułam wewnętrzną potrzebę, jakby przeznaczenie czekające na spełnienie. Z perspektywy czasu wydaje się to być śmieszne, ale tak było. Ostrożnie stawiając każdy krok i bezszelestnie odchylając gałęzie podążałam za cudownym stworzeniem. Zwierzę nagle nadstawiło uszu po czym popędziło galopem, ja także przyspieszyłam mimo że nie miałam szans w wyścigu z nim.
  • Za nim!
Zza drzew wyłoniło się kilku mężczyzn z kuszami w dłoniach. Z drugiej strony polany na przeciw jednorożcowi wybiegło trzech ludzi z dzidami. Stworzenie podniosło się na tylne nogi i zarżało donośnie niczym koń. Jakby znikąd pojawiła się strzała i ugodziła magiczne stworzenie w bok. Zaniemówiłam. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nie docierało do mnie to, co się stało. Tak niespotykane i bogu ducha winne stworzenie zginęło w ciągu zaledwie kilku sekund. Dlaczego? Dlaczego je zabili? Nie zrobiło przecież nikomu krzywdy, spokojnie jadło sobie trawę. W końcu się ocknęłam, zdałam sobie sprawę w jak niebezpiecznej sytuacji się znajduję. Stanęłam za jednym z drzew i czekałam aż odejdą.
  • Załadujcie go na przyczepę - polecił jeden z nich – ostrożnie, jest wart więcej niż ty i twoje nędzne życie!
Jednorożec żyje! Ostrożnie wychyliłam się zza drzewa. Wóz był już na skraju lasu, odczekałam chwilę zanim ruszyłam za nimi. Pomyślicie pewnie, że zwariowałam, ale jak już wcześniej wspominałam, czułam się odpowiedzialna za życie jednorożca.
Zaczynało zmierzchać. Ja wciąż zawzięcie i uparcie podążałam w tym samym kierunku. Miałam podrapane ręce i nogi, rany straszliwie piekły, gdzieś po drodze zgubiłam klapka. Zakręciło mi się w głowie, złapałam się gałęzi, lecz mimo to upadłam. Zamknęłam na chwilę oczy, wzięłam głęboki oddech i ponownie je otworzyłam. Usłyszałam wycie wilka, podziałało na mnie lepiej niż mocna kawa. Szybko się podniosłam i odwróciłam w obranym kierunku. Byłam niedaleko skarpy, podeszłam na jej brzeg okazało się, że moja męczeńska wędrówka nie poszła na marne. Na dole paliło się ognisko, a porywacze już dawno oddali się w objęcia morfeusza. W klatce na przyczepie stał jednorożec. Podeszłam z drugiej strony i zeszłam z pagórka.
  • Nie bój się, uwolnię cię – szepnęłam do zwierzęcia.
Klatka była zamknięta na klucz. Musiałam go zdobyć, los tego szlachetnego stworzenia spoczywał na moich barkach. Bezszelestnie podeszłam do mężczyzny, który miał torbę, uważałam żeby nie wydać jakiegokolwiek dźwięku. Nigdy wcześniej nie byłam w tak ryzykownej sytuacji, wystarczy, ze jeden z nich by się przebudził i już po mnie. Znalazłam w plecaku kółko z kluczami, były trzy. Równie ostrożnie wróciłam do jednorożca i zaczęłam sprawdzać klucze, oczywiście ostatni okazał się być tym właściwym. Gdy otworzyłam drzwiczki zwierzę zaczęło panicznie prychać, a następnie zarżało.
  • Ciii, chcę ci pomóc.
Ale na uciszanie było już za późno. Kupcy zerwali się na równe nogi. Jednorożec wyskoczył z klatki i dał mi do zrozumienia, że chce abym na niego wsiadła. Zrobiłam to, po czym ruszył galopem przez las. Nie sądziłam, że zwierzę może tak szybko biec. No cóż, w jego żyłach płynęła magia więc co tu się dziwić.
Było już bardzo ciemno, nie miałam pojęcia jak wrócę do domu, nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Rodzice pewnie mnie szukają, martwią się. Nie chciałam tam wracać, już nigdy. Przy jednorożcu czułam się bezpieczna. Nie mówił, co było ogromnym plusem. Nie wydawał mi poleceń, nie zrzędził mi nad uchem. Chyba przestał biec, nie pamiętam bo w tamtym momencie zasnęłam.
Poczułam na twarzy wilgoć i nieprzyjemne pieczenie. Szybko się przebudziłam. Stała nade mną czarnowłosa kobieta.
  • Co ja tu robię? Kim ty jesteś? - krzyknęłam zdziwiona.
  • Spokojnie, nic ci tu nie grozi. Chcę pomóc – poczekała aż do końca się uspokoję po czym kontynuowała – nazywam się Nimueh i jestem druidką. Mój syn znalazł cię w lesie.
  • Cz-czym jesteś? - Wytrzeszczyłam oczy.
  • Jesteśmy druidami, mieszkamy w tym lesie. Nie mamy zbyt dużej mocy, używamy drobnej magii.
  • W najskrytszych marzeniach nie pomyślałabym, że magia istnieje.
Do namiotu wszedł starszy mężczyzna i ukłonił się.
  • Witaj Wać Pani. Zwą mnie Iras. Jestem nieskrycie wdzięczny za ocalenie tak szlachetnego stworzenia jakim jest jednorożec.
  • Czułam się do tego zobowiązana.
  • Chcemy wyrazić naszą wdzięczność małym podarunkiem – wyjął z kieszeni czarnego płaszcza małą, skórzaną sakiewkę, podszedł i wyciągną ją w moją stronę skłaniając głowę.
  • Nie trzeba...
  • Nalegam Wać Pani.
Wzięłam sakiewkę do ręki i wyjęłam z niej zawartość. Był to pierścionek z krzyżykiem, znakiem jakiejś starej religii.
  • Został wykuty z seloneitu i wytopiony w wulkanie Satoru. Został stworzony dla władcy stworzeń magicznych, który niestety zmarł bezpotomnie. Spojrzałam na niego zaskoczona.
  • Teraz już jestem pewna, że nie mogę go przyjąć.
  • Przepowiednia głosi, że słonecznowłosa niewiasta przybędzie by ocalić magiczne stworzenie.
Założyłam obrączkę na palec i przyjrzałam się jej uważnie nie wierząc własnym uszom. Ja, zwykła dziewczyna, przywódcą magicznych istot? Druidów, jednorożców.
  • Zaraz. Gdzie jest jednorożec? - zapytałam zaniepokojona.
  • Odszedł, jednorożce żyją w samotności – odpowiedziała ciemnowłosa kobieta.
  • Co? - Zerwałam się na nogi i wybiegłam z izby.
  • Chyba się budzi – krzyknęła za mną kobieta.
Wbiegłam między drzewa i pomknęłam przez las ile tylko sił w nogach. Niespodziewanie poczułam silny ból w kostce. Otworzyłam oczy i zobaczyłam moją siostrę, a później mamę, na końcu tatę.
  • Obudziła się!
Rozejrzałam się zaspana, byłam w szpitalu.
  • Co ja... tu?
  • Spadłaś z balkonu i skręciłaś kostkę, ale już wszystko dobrze, jeszcze dziś będziesz mogła wrócić do domu – powiedziała mama głaszcząc mnie po głowie.
Poczułam żal w sercu. Wiedziałam, takie rzeczy nie dzieją się na prawdę, to tylko fikcja literacka. Wezbrała we mnie złość.
  • Zostawcie mnie samą, chcę odpocząć.
Odwróciłam się na drugi bok zakrywając twarz rękoma usiłując przywrócić piękny sen. Nagle dostrzegłam coś dziwnego. Nie do wiary! Na mojej lewej ręce lśnił srebrny pierścień z krzyżykiem. Złość odpłynęła i ustąpiła miejsca szczęściu. Miałam dowód, nie żeby pokazać innym, nie zależało mi na tym, miałam dowód dla siebie, że marzenia się spełniają.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Po co w ogóle to wszystko? (wstęp)

Witam!
Z powodu wielu pomysłów, rozmyślań i weny pragnę przeznaczyć tego bloga na pewnego rodzaju dziennik. Będę umieszczała na nim recenzje, opowiadania kilkupartowe, luźne wypowiedzi  oraz dyskusje na różnego rodzaju tematy. Mam nadzieję, że spodoba się wam mój język i subskrybujecie moją stronkę.
~Pozdrawiam :)