Witam! Na początek postanowiłam pokazać się wam z mojej mocnej strony. Przedstawiam wam mojego tworu opowiadanie fantasy, które jest moim ulubionym gatunkiem literackim. Miłego czytania.
Było
to późne wrześniowe popołudnie, piątek. Słońce świeciło, ale
wiał chłodny, jesienny wiatr. W powietrzu unosił się zapach końca
lata. Ostatnie ciepłe dni przemijały nieubłaganie, by wkrótce
ustąpić miejsca deszczowej szarudze. Siedziałam na balkonie
czytając książkę. Ilekroć próbowałam skupić się na jej
treści, coś odwracało moją uwagę. Za moim domem rozciągał się
piękny widok na wzniesienie, na którym znajdował się Małochwiej
Mały, za nim różnokolorowe pola, a na uwieńczeniu wzgórza rósł
las. Słońce przygotowywało się do wieczornej, wielobarwnej
wędrówki po niebie, a mnie aż
skręcało z wściekłości, że nie mam się czym zająć.
Kasiu, rozwieś pranie - dobiegł mnie głos
mojej mamy.
Myślałam,
że wybuchnę z rozdrażnienia, ale powstrzymałam się do pewnego
stopnia.
Nie mam czasu i ochoty – warknęłam, zamaszyście zamykając
książkę. Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i z
naburmuszoną miną wpatrywałam się w ciągnik, orzący w oddali
pole. Przerażała mnie wizja jutrzejszego dnia. Sobota. W domu
istny burdel, według mojej mamy, na polu ziemniaki, które trzeba
zebrać.
Może w końcu byś w czymś pomogła? Cały tydzień tylko
wymigujesz się lekcjami, więc może chociaż w piątek byś coś
zrobiła?
Poczułam,
że nie wytrzymam ani chwili dłużej. Musiałam jak najszybciej
wyjść z domu. Zeszłam do piwnicy i wyprowadziłam rower na
podwórko, a następnie na ulicę. Wsiadłam na niego i popędziłam
przed siebie. Skierowałam się w stronę zgórki, rozłożyłam
ręce i zamknęłam na chwilę oczy.
Czułam wolność, pragnienie przeżycia przygody jak z filmu.
Postanowiłam pojechać w kierunku lasu. Zostawiłam rower gdzieś
w krzakach i zagłębiłam się w przycienionych gęstwinach
drzew. Niebo zaczynało zmieniać kolor na pomarańczowy.
Przedzierałam się przez krzewy nie zważając na zadrapania.
Zrobiło się chłodno lecz nie przejmowałam się tym. Gałęzie
mierzwiły moje włosy, musiałam zamknąć oczy, żeby
ich sobie nie wykuć Gdy je otworzyłam oślepił mnie
blask bijący spomiędzy dębów. Rozciągała się za nimi duża
polana przyozdobiona licznymi polnymi kwiatami, które lśniły w
srebrzystej poświacie. Kiedy uniosłam wzrok ujrzałam pięknego,
białego konia. Zrobiłam krok do przodu i dostrzegłam, że z
czubka jego głowy wyrasta srebrny róg.
O
matko! - szepnęłam
Śnieżnobiała
grzywa i piękny ogon delikatnie powiewały na wietrze. Trzymał
głowę w górze, wdzięcznie się prezentując. Unosiło się nad
nim coś, jakby mgła, w której znajdowały się błyszczące
drobinki. Sięgnęłam do kieszeni aby zrobić zdjęcie. Na moje
nieszczęście, nie wzięłam telefonu. Ale nie było to wtedy
najważniejsze.
Jednorożec chyba wyczuł moją obecność, bo zaczął zmierzać
w przeciwną stronę. Musiałam pójść za nim, czułam wewnętrzną
potrzebę, jakby przeznaczenie czekające na spełnienie. Z
perspektywy czasu wydaje się to być śmieszne, ale tak było.
Ostrożnie stawiając każdy krok i bezszelestnie odchylając gałęzie
podążałam za cudownym stworzeniem. Zwierzę nagle nadstawiło uszu
po czym popędziło galopem, ja także przyspieszyłam mimo że nie
miałam szans w wyścigu z nim.
Zza
drzew wyłoniło się kilku mężczyzn z kuszami w dłoniach. Z
drugiej strony polany na przeciw jednorożcowi wybiegło trzech ludzi
z dzidami. Stworzenie podniosło się na tylne nogi i zarżało
donośnie niczym koń. Jakby znikąd pojawiła się strzała i
ugodziła magiczne stworzenie w bok. Zaniemówiłam. Nie mogłam
uwierzyć własnym oczom. Nie docierało do mnie to, co się stało.
Tak niespotykane i bogu ducha winne stworzenie zginęło w ciągu
zaledwie kilku sekund. Dlaczego? Dlaczego je zabili? Nie zrobiło
przecież nikomu krzywdy, spokojnie jadło sobie trawę. W końcu się
ocknęłam, zdałam sobie sprawę w jak niebezpiecznej sytuacji się
znajduję. Stanęłam za jednym z drzew i czekałam aż odejdą.
Jednorożec
żyje! Ostrożnie wychyliłam się zza drzewa. Wóz był już na
skraju lasu, odczekałam chwilę zanim ruszyłam za nimi. Pomyślicie
pewnie, że zwariowałam, ale jak już wcześniej wspominałam,
czułam się odpowiedzialna za życie jednorożca.
Zaczynało zmierzchać. Ja wciąż zawzięcie i uparcie podążałam
w tym samym kierunku. Miałam podrapane ręce i nogi, rany
straszliwie piekły, gdzieś po drodze zgubiłam klapka. Zakręciło
mi się w głowie, złapałam się gałęzi, lecz mimo to upadłam.
Zamknęłam na chwilę oczy, wzięłam głęboki oddech i ponownie je
otworzyłam. Usłyszałam wycie wilka, podziałało na mnie lepiej
niż mocna kawa. Szybko się podniosłam i odwróciłam w obranym
kierunku. Byłam niedaleko skarpy, podeszłam na jej brzeg okazało
się, że moja męczeńska wędrówka nie poszła na marne. Na dole
paliło się ognisko, a porywacze już dawno oddali się w objęcia
morfeusza. W klatce na przyczepie stał jednorożec. Podeszłam z
drugiej strony i zeszłam z pagórka.
Klatka
była zamknięta na klucz. Musiałam go zdobyć, los tego
szlachetnego stworzenia spoczywał na moich barkach. Bezszelestnie
podeszłam do mężczyzny, który miał torbę, uważałam żeby nie
wydać jakiegokolwiek dźwięku. Nigdy wcześniej nie byłam w tak
ryzykownej sytuacji, wystarczy, ze jeden z nich by się przebudził i
już po mnie. Znalazłam w plecaku kółko z kluczami, były trzy.
Równie ostrożnie wróciłam do jednorożca i zaczęłam sprawdzać
klucze, oczywiście ostatni okazał się być tym właściwym. Gdy
otworzyłam drzwiczki zwierzę zaczęło panicznie prychać, a
następnie zarżało.
Ale
na uciszanie było już za późno. Kupcy zerwali się na równe
nogi. Jednorożec wyskoczył z klatki i dał mi do zrozumienia, że
chce abym na niego wsiadła. Zrobiłam to, po czym ruszył galopem
przez las. Nie sądziłam, że zwierzę może tak szybko biec. No
cóż, w jego żyłach płynęła magia więc co tu się dziwić.
Było
już bardzo ciemno, nie miałam pojęcia jak wrócę do domu, nawet
nie wiedziałam gdzie jestem. Rodzice pewnie mnie szukają, martwią
się. Nie chciałam tam wracać, już nigdy. Przy jednorożcu czułam
się bezpieczna. Nie mówił, co było ogromnym plusem. Nie wydawał
mi poleceń, nie zrzędził mi nad uchem. Chyba przestał biec, nie
pamiętam bo w tamtym momencie zasnęłam.
Poczułam na twarzy wilgoć i nieprzyjemne pieczenie. Szybko się
przebudziłam. Stała nade mną czarnowłosa kobieta.
Co
ja tu robię? Kim ty jesteś? - krzyknęłam zdziwiona.
Spokojnie,
nic ci tu nie grozi. Chcę pomóc – poczekała aż do końca się
uspokoję po czym kontynuowała – nazywam się Nimueh i jestem
druidką. Mój syn znalazł cię w lesie.
Cz-czym
jesteś? - Wytrzeszczyłam oczy.
Jesteśmy
druidami, mieszkamy w tym lesie. Nie mamy zbyt dużej mocy, używamy
drobnej magii.
W
najskrytszych marzeniach nie pomyślałabym, że magia istnieje.
Do
namiotu wszedł starszy mężczyzna i ukłonił się.
Witaj
Wać Pani. Zwą mnie Iras. Jestem nieskrycie wdzięczny za ocalenie
tak szlachetnego stworzenia jakim jest jednorożec.
Czułam
się do tego zobowiązana.
Chcemy
wyrazić naszą wdzięczność małym podarunkiem – wyjął z
kieszeni czarnego płaszcza małą, skórzaną sakiewkę, podszedł
i wyciągną ją w moją stronę skłaniając głowę.
Nie
trzeba...
Nalegam
Wać Pani.
Wzięłam
sakiewkę do ręki i wyjęłam z niej zawartość. Był to
pierścionek z krzyżykiem, znakiem jakiejś starej religii.
Został
wykuty z seloneitu i wytopiony w wulkanie Satoru. Został stworzony
dla władcy stworzeń magicznych, który niestety zmarł
bezpotomnie. Spojrzałam na niego zaskoczona.
Teraz
już jestem pewna, że nie mogę go przyjąć.
Przepowiednia
głosi, że słonecznowłosa niewiasta przybędzie by ocalić
magiczne stworzenie.
Założyłam
obrączkę na palec i przyjrzałam się jej uważnie nie wierząc
własnym uszom. Ja, zwykła dziewczyna, przywódcą magicznych istot?
Druidów, jednorożców.
Zaraz.
Gdzie jest jednorożec? - zapytałam zaniepokojona.
Odszedł,
jednorożce żyją w
samotności – odpowiedziała ciemnowłosa kobieta.
Co?
- Zerwałam się na nogi i wybiegłam z izby.
Chyba
się budzi – krzyknęła za mną kobieta.
Wbiegłam
między drzewa i pomknęłam przez las ile tylko sił w nogach.
Niespodziewanie poczułam silny ból w kostce. Otworzyłam oczy i
zobaczyłam moją siostrę, a później mamę, na końcu tatę.
Rozejrzałam
się zaspana, byłam w szpitalu.
Poczułam
żal w sercu. Wiedziałam, takie rzeczy nie dzieją się na prawdę,
to tylko fikcja literacka. Wezbrała we mnie złość.
Odwróciłam
się na drugi bok zakrywając twarz rękoma usiłując przywrócić
piękny sen. Nagle dostrzegłam coś dziwnego. Nie do wiary! Na mojej
lewej ręce lśnił srebrny pierścień z krzyżykiem. Złość
odpłynęła i ustąpiła miejsca szczęściu. Miałam dowód, nie
żeby pokazać innym, nie zależało mi na tym, miałam dowód dla
siebie, że marzenia się spełniają.