czwartek, 2 maja 2013


     Opowiadanie zostało napisane na potrzeby VIII Konkursu Literackiego - Mój Anioł, gdzie zdobyło trzecie miejsce w kategorii proza. Mam nadzieję, że Was również poruszy i się Wam spodoba :)

     Podobno każdy ma swojego anioła stróża, który go chroni i pilnuje aby nic złego mu się nie stało, jeśli go straci, dotyka go jakieś nieszczęście lub umiera, staje się niczym roślina bez korzenia, pozbawiona jakichkolwiek szans na przeżycie. Miałam wrażenie, że u mnie było zupełnie odwrotnie. Zastanawiałam się czasami, czy można urodzić się bez stróża. Nie byłam złą dziewczyną, ani nie imprezowałam, żeby zatopić w alkoholu smutki i troski. Nie, po prostu chadzałam w stadzie baranów, chciałam się zabawić, mieć ciekawych przyjaciół, na których można liczyć jeśliby mi się nudziło. Na początku tak mi się wydawało, ale gdy tylko zaczęły krążyć na mój temat plotki, best friends odwróciły się ode mnie. Nie miałam matki, zginęła w wypadku, kiedy byłam mała, wychowywał mnie tylko zapracowany ojciec, który myślał, że jeśli zapewni mi dobra materialne, to będę szczęśliwa. Dorastałam samotnie, gdyż nie miałam rodzeństwa, ponieważ byłam pierwszym dzieckiem moich rodziców. Rodzina gdzieś była, ale tak naprawdę miałam tylko ją, moją jedyną gwiazdkę na niebie, pośród mroku rzeczywistości – babcię. Podobnie jak ja nie miała praktycznie nikogo. Jako osiemnastoletnia panna zaszła w ciążę. Na wieść o tym rodzina się jej wyrzekła, a chłopak wyjechał twierdząc, że to nie jego dziecko. Ale będąc w moim wieku nie poddała się, a ja wciąż stąpałam po kruchym lodzie i żyłam wedle powiedzenia: „Nie przejmuj się przyszłością. Żyj tak, jakby jutro miał się skończyć świat.” Wyczekiwałam kolejnego piątku, aby wlać w siebie jak najwięcej alkoholu, nic nie pamiętać i wrócić do domu nad ranem. Pustego zresztą, bo ojciec co weekend był na „wyjeździe biznesowym”. Tak naprawdę jeździł do jakiejś kobiety i sądził, że niczego się nie domyślam.Gdy więc zbliżał się kolejny piątek, ja szykowałam się na imprezę. Jak zwykle wcześniej przyszły do mnie koleżanki i udałyśmy się do baru. Na początek wypiłyśmy kilka drinków i już po chwili każda była w innym zakątku sali. Światła kuli dyskotekowej wybijały rytm muzyki, przyprawiając mnie o, i tak już silne, zawroty głowy. Zaczęłam tańczyć sama, ale nie trwało to długo. Po chwili przyczepił się do mnie jakiś chłopak, całkiem ładny, wysoki, ubrany w zieloną koszulkę. Nigdy nie imprezowałam sama, wiem, że mój facet zabiłby mnie, gdyby dowiedział się, co robię gdy nie ma go na horyzoncie, ale nie przejmowałam się tym. Sama wiedziała, że on także nie ma czystego sumienia. Nieznajomy zaprosił mnie na drinka, a ja nie odmówiłam. Nie wiem, co z nim później robiłam i jak znalazłam się w domu, ale obudziłam się ze straszliwym bólem głowy i mdłościami. Zeszlam na dół, żeby coś zjeść, ale prędko zrezygnowałam, bo gdy tylko zobaczyłam jedzenie prawie zwymiotowałam. Kiedy się umyłam i doprowadziłam do ładu, była już godzina trzynasta. Zerkając na telefon, przypomniałam sobie, że jest sobota i jak co tydzień pojadę do babci. Ze staruszką nie było najlepiej, co prawda opiekował się nią młodszy syn, ale on także pracował i nie mógł zapewnić jej pełnoetatowej opieki. Wsiadłam na rower i obrałam kierunek wsi, w której mieszkała babcia. Przejeżdżając przez aleję kwitnących wiśni, przypomniałam sobie dzieciństwo spędzone w tej miejscowości. Wtedy jeszcze tato interesował się moim istnieniem i często chodziliśmy nad jezioro. W bardzo słoneczne dni lustro wody lśniło, a ja zawsze mu mówiłam, że to mama do nas macha z nieba. Ojciec zawsze się uśmiechał, ale widziałam, że w tamtych momentach nie czuł się dobrze, bolala go strata ukochanej, ale starał się tego nie okazywać.Kiedy dojechałam do znanego mi wzgórza, na jego szczycie stał stary drewniany domek niczym z bajki, o niebieskich, pastelowych ścianach i przepięknym małym ogródku obsianym krzewami piwonii rozkładającymi się na trawie i białymi różami rosnącymi przy płocie z drewninych sztachet. Od prawej strony wił się bluszcz, delikatnie obrastając frontową ścianę i wspinając się w stronę dachu. Miałam wrażenie, że tutaj czas się zatrzymał, nie było żadnej wojny, nie dotarła tu przerażająca nowoczesność i cywilizacja. Tutaj wszystkie domy wyglądały podobnie, tylko kilka zostało zbudowanych z pustaków, ale nie później niż dwadzieścia lat temu. Wejście do mieszkania mojej babci znajdowało się tradycyjnie, od strony podwórza. Kiedy weszłam, przywitał mnie zapach smażonych pączków. Ucałowałam twarz starszej pani uradowanej moim widokiem.- Coraz to piękniejsza! - wykrzyknęła babcia, przytulając mnie.Usiadłam przy stole. Babcia, mimo że poinformowałam ją o mojej diecie, postawiła przede mną talerz pączków z dziką różą i kubek gorącej herbaty. Nie było mowy o niezjedzeniu ich, gdyż wypieki mojej babuni wygrałyby w światowym konkursie kulinarnym, a poza tym nie wypuściłaby mnie, jeśli talerz nie byłby pusty. Zabrałam się za jedzenie, staruszka utykając usiadła po drugiej stronie stołu.- Jak się czujesz babciu?- Świetnie – powiedziała radośnie.Nie chciała mnie martwić, ale prawda była taka, że nie czuła się najlepiej. Dokuczały jej stawy i na dodatek miała podwyższony cholesterol.- Wujek w pracy?- Tak, ostatnio cały czas siedzi w tej pracy, nawet w soboty, a jak już ma wolne, to jedzie do dziewczyny i wraca w niedzielę po południu. Siedzę tu sama, czasami do Antoniukowej chodzę, jak mi tęskno do ludzi, ale to taka plotkara, że aż uszy bolą jak gada.Uśmiechnęłam się rozbawiona.- A tato? Co u niego słychać?- Wiesz, sama nawet nie wiem, ostatnio bardzo rzadko go widuję.Babcia zaczęła kiwać głową z zadumą i wypowiadać swoje słynne powiedzenie:- I taka to robota – po chwili zamyślenia dodała – Ale siebie chociaż mamy.Usmiechnęła się zawadiacko. Udwzajemniłam jej tym samym.- Wujek kupił ławkę do ogrodu. Taka ładna. Na jakiejś wyprzedaży. Za sto złotych! Może posiedzimy trochę na powietrzu?Przeszłyśmy do ogrodu i usiadlyśmy na ławce usytuowanej pod kwitnącą czereśnią. Za chwilę zbiegły się do nas koty.- Ale tu jest pięknie – westchnęłam. – Chcialabym mieszkać na wsi.- Jak się już wyniosę, ten dom będzie twój, zobaczysz.- Ta...- Masz – powiedziala babcia, wpychając mi coś do kieszonki – będziesz tam miala na lizaka chociaż.- Babciu...- Oj bierz i nie gadaj. Posprzątasz mi kiedyś.- No dobra – westchnęłam – w czwartek przyjadę, bo wcześniej kończę lekcje.Nagle rozległ się dzwonek mojego telefonu. Spojrzałam na ekran. „Arek”. „O nie!” - pomyślalam, odbierając.- Słucham?-Gdzie ty jesteś!? - wykrzyczał do słuchawki.- U babci.- To przyjeżdżaj szybko, bo mamy do pomówienia – rozłączyl się.Ogarnęło mnie przerażenie. Co jeśli ktoś mu powiedział?- Babciu, muszę już jechać – wstalam pospiesznie i przytuliłam babcię.- Poczekaj! Dam ci jeszcze pączków!- Innym razem! - odkrzyknęłam, wsiadając na rower.Pedałowałam ile sił w nogach i modliłam się, żeby ojciec był w domu. Kiedy dotarłam na osiedle, mój „chłopak” stał przy wejściu do bloku nadzwyczaj wściekły. Zsiadłam z roweru, powoli kierując się w jego stronę.- Gdzie wczoraj byłaś? - zapytał.- Na imprezie – odpowiedziałam spokojnie.- Mówiłaś, że się źle czujesz!- Ale mi się polepszyło.Zdenerwowala go moja odpowiedź. Wyrwał mi rower i odrzucił go na chodnik. Patrzył na mnie z taką wściekłością i nienawiścią, że zaczęłam się zastanawiać jak, mogłam go kochać. Na moje szczeście ulicą przechodził policjant i zaczepił Artura, w tym czasie wślizgnęłam się do budynku. Kiedy dotarłam na górę, trzęsącymi się rękami otworzyłam drzwi i wybuchłam histerycznym płaczem. Po paru sekundach zabrzmiał dźwięk domofonu. Podnioslam słuchawkę.- Otwórz mi – nalegał przyciszonym glosem.- Wynos się – krzyknęlam przez łzy- Mój kumpel widział cię wczoraj w TeŻeWe, podobno świetnie się bawiłaś!Odłożyłam słuchawkę, ale za chwilę znowu zadzwonił.- Odejdź, bo wezwę policję! - warknęłam na powitanie.- Tylko spróbuj! Otwieraj!Ponownie się rozłączyłam i poszłam do swojego pokoju. Płakałam w poduszkę przy dźwięku domofonu. Ucichł po jakichś dwudziestu minutach. Wieczorem wrócił ojciec i nawet zamieniłam z nim kilka zdań. Przez kilka dni nie wychodziłam z domu, dopóki nie zadzwoniła do mnie koleżanka i nie powiedziała, że zamknęli Artura, bo pobił jakiegoś chłopaka. Gdy to usłyszałam, odetchnęłam z ulgą, ale od razu nasunął mi sie obraz chłopaka, z którym tańczyłam w klubie. Postanowiłam następnego dnia pójść do szkoły. Pierwsza była matma. Przebiegła całkiem pomyślnie, dostałam czwórkę za rozwiązanie zadania na tablicy, ale po geografii opuściłam mury szkoły, bo na trzeciej i piątek lekcji miał być polski. Wróciłam do domu, przebrałam się, zjadłam drugie sniadanie i pojechałam doskonale znaną mi trasą przez wiśniowe alejki. Dwa dni wcześniej rozmawiałam z babcią prez telefon, tato mówił, że była u lekarza, bo miała bardzo wysokie ciśnienie i teraz źle się czuje. Gdy zmartwiona weszłam do drewnianej chatki, przy stole siedział wujek czytający gazetę, w kuchni unosił się zapach pieczonej kaczki w słynnym sosie jabłkowym, a babcia, ku mojemu zdziwieniu, stała przy kuchni gazowej i nuciła coś gotując zupę.- Cześć Oluniu! - uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając złoty ząb.- Cześć babciu, hej wujek. A ty nie w łóżku?- Jakim łóżku?- Tato mówił, że byłaś u lekarza...- A no byłam. Przypisał mi leki i do domu. To było tylko chwilowe, już się dobrze czuję, mój synek w domu jest i wnusia przyjechała, czego więcej można chcieć od Boga i tak już hojnego?- To świetnie! - odetchnęłam z ulgą – martwiłam się.- Nic się o mnie nie martw! Siadaj do stołu zaraz pyszna kaczka będzie, dopiero co po podwórku latała.Uśmiechnęłam się do wujka, rozmawialiśmy chwilę. Kilka minut później babcia podała zupę i kaczkę i zasiedliśmy do wspólnego posiłku. Ostatnio jadłam rodzinny obiad pod koniec marca, na Wielkanoc, więc było bardzo przyjemnie. Wujek wyznał nam, że chce oświadczyć się Weronice. Babcia była taka podekscytowana i szczęśliwa. Po obiedzie zabrała się do smażenia naleśników. Wwujek poszedł oglądać telewizję, a ja wzięłam się za obiecane sprzątanie. Zajęło mi to tylko godzinę, a gdy skończyłam, razem z babcią zaczęłyśmy pałaszować naleśniki ze znakomitym dżemem z malin i jabłek. Rozmawiałyśmy, a ona wciąż była podniecona decyzją jej syna i cały czas o tym mówiła. Nagle, nie wiadomo kiedy, wybiła godzina osiemnasta i jeśli chciałam dotrzeć do domu przed zmierzchem musiałam zacząć się zbierać.- A może zostaniesz na noc? - zaproponowala babcia.- Chciałabym, ale jutro muszę iść do szkoły. I tak mam zaległości.Tak naprawdę szykowałam się na domówkę u koleżanki, postanowiła urządzić ją w czwartek, żeby przedłużyć sobie weekend, ale nie chciałam urazić babci.Babcia zapakowala mi kilka naleśników i dżem, pożegnałyśmy się i wyszłam z domu, zaraz za mną wyszedł wujek.- Myślalam, że masz wolne.- Chciałbym, wczoraj miałem, dziaj niestety na trzecią zmianę. Może cię podrzucić?- Nie, jestem rowerem.- Aha...to miłej drogi – uśmiechną, się wsiadając do samochodu.Z okna wyjrzała babcia i pomachała nam, więc odwzajemniliśmy jej tym samym i każdy pojechał w swoją stronę. W domu, na stole w kuchni zastałam kartkę, na której było napisane: „Dzisiaj nie wracam na noc, bo mam bardzo ważne spotkanie biznesowe w Lublinie, ale kiedy wrócę, będziemy mieli do pomówienia. Dzwoniła twoja wychowawczyni”.Machnęłam ręką na wiadomość od ojca i zaczęłam się szykować na imprezę. Około godziny dziewiętnastej zadzwoniła kumpela z wiadomością, że zaraz mam być w jej domu, bo jest świetna zabawa i zażartowała, że alkohol się kończy. Wzięłam torebkę i wyszłam z domu. Kiedy dotarłam na miejsce, w jej domu było pełno ludzi. Po wypiciu kilku piw postanowiłam wykąpać się w basenie, mimo że był dopiero początek maja. Oczywiście nie skończyło się na pływaniu. Razem z dziewczynami postanowiliśmy wskoczyć do basenu toples. Dalsze zdarzenia widzę jak przez mgłę. Wypiłam kilka drinków i całowałam się z jakimś chłopakiem. Ale o dziwo, pamiętam. jak zataczałam się po schodach do mojego mieszkania. Nad ranem obudził mnie dzwoniący telefon, popatrzyłam na zegarek, była czwarta piętnaście. Pomyślałam, że zaraz przestanie, ale wciąż dzwonił, więc sięgnęłam za szafkę i wyłączyłam go z gniazdka. Ponownie oddałam się w objęcia Morfeusza. Następnego dnia obudził mnie tato, który wszedł do mojego pokoju. Zaspana oworzyłam oczy, usiadł na brzegu łóżka. Podniosłam się, przecierając twarz ręką. Ojciec miał grobową minę. Spodziewałam się najgorszego, ale nie tego, co mi powiedział.- Babcia umarła – Kiedy to powiedział miałam wrażenie, że ktoś wyrwał mi serce i rzucił je krokodylom na pożarcie – dzisiaj nad ranem o czwartej trzydzieści.Zaniosłam się histerycznym płaczem, tato nie wytrzymał i wyszedł. Przypomniałam sobie dzwoniący telefon, podłączyłam go do gniazdka, podbieglam i wcisnęłam „redial”, po chwili w słuchawce odezwał się smutny głos wujka. Natychmiast się rozłączyłam i zaczęłam ryczeć. Płakałam przez godzinę. Nie moglam w to uwierzyć, miałam ochotę obudzić się z tego koszmaru i przytulić babcię.Na pogrzebie tato bardzo mnie wspierał i był blisko mnie. Gdy wróciliśmy do domu, czułam się znacznie lepiej. Zagadnęłam do niego.- Dlaczego wciąż pracujesz? Nie masz dla mnie chwili, widujemy się tylko wieczorem, ciągle wyjeżdżasz na spotkania biznesowe i zostajesz do późna w pracy! Myślisz, że tego nie potrzebuję? Że jestem już dorosła? Dlaczego nie poświęcasz mi czasu? - po policzku spłynęly mi łzy.- Przepraszam – spuścił wzrok.- Tylko tyle?Podszedł do mnie i mnie przytulił.- Przepraszam – zadrżał mu głos. – Przepraszam, obiecuję, że to się nie powtórzy – nie ukrywał już łez. – Obiecuję się zmienić.- Ja też ci to obiecuję, tato.Płakaliśmy tak razem, nie z rozpaczy, tylko ze szczęścia. Kilka dni później tato przyszedł do kuchni, gdy jadłam obiad i usiadł obok mnie.- Mam świetną wiadomosć – oznajmił – będziesz przeszczęśliwa.Popatrzyłam na niego z zaciekawieniem.- Okazło się, że jesteś jedną ze spadkobierców domu po babci – uśmiechnął się.Jak zwykle myśli tylko o pieniądzach.- Nie rozumiesz? - potrząsnął mną – Zamierzam zapłacić wujkowi Andrzejowi i jeszcze na początku wakacji zamieszkamy na wsi!Teraz siedząc na ławce jako dorosła kobieta, w miejscu, w którym czas się zatrzymał, trudno jest mi uwierzyć w to, jaka kiedyś byłam. Patrząc na moje dzieci bawiące się w magicznym ogrodzie, z przykrością stwierdzam, że nie mają babci, ale mają matkę, która zapewni im ciepło i miłość, sprawi, że dzieciństwo będzie ich najlepszym okresem w życiu. Teraz jestem pewna, że każdy ma swojego anioła, który jest jego zwierciadłem duszy i chroni go, nieważne jak daleko się znajduje. Dzisiaj żyję w myśl mniej toksycznej zasady, albowiem: „Nie przejmuj się przyszłością, ale żyj tak, aby każdy bliźni czuł się przez ciebie kochany”.

niedziela, 17 lutego 2013

STŁUMIONY GŁOS SPRAWIEDLIWOŚCI

Witam! Dzisiaj pokaże wam opowiadanie gatunku, który bardzo lubię, nie jest on łatwy ale czytanie go sprawia, że na mojej twarzy pojawiają się wypieki, a włosy na głowie stają mi dęba. Albowiem dziś będziecie mieli okazje przeczytać kryminał. Miał on pójść na konkurs, ale się nie odbył więc serwuję go moim drogim czytelnikom. Jest to mój pierwszy kryminał, więc proszę o wyrozumiałość.

Pomieszczenie było ciemne, jedynie zza uchylonych drzwi wylewał się strumyk światła. Na podłodze leżał skrępowany mężczyzna w zaplamionym krwią garniturze. Jego zielone oczy wpatrywały się z przerażeniem w szparę między drzwiami, zza których dobiegał głos rozmowy telefonicznej:
  • Kiedy dostanę kasę?
  • Najpierw skończ z tym skurwysynem!
  • Chciałbym się jeszcze trochę pobawić.
  • Samochód już rozbity, grabarz czeka, zrób to, do wora i będzie kasa.
Rozległ się dźwięk przerwanego połączenia. Mężczyznę dobiegł odgłos kroków. Zbliżały się ku drzwiom. Oślepiający blask jarzeniówki, sprawił, że jego źrenice się zwęziły. Poczuł strach.
  • Co, skurwielu? Lepiej ci teraz? Kasy miałeś w pęczki, po co ci była ta jebana prawda? Dziecko w drodze, żonka taka dupeczka, że ohoho... ale się nie zmarnuje.
Ofiara zaczęła się szamotać. Kat kopną go w brzuch.
  • Cicho! - powiedział. – Zaraz będzie po krzyku.
                                                                   ***
Przez korytarz szła ciężarna kobieta w czarnym płaszczu i tego samego koloru kapelusiku. Spod kapelusza wystawały jasne włosy okalające drobną buzię, jeszcze tak bardzo dziewczęcą. Kobieta wyglądała jak nastolatka, w sumie, niedawno nią była. Usiadła na ławce tuż obok sztucznej choinki upstrzonej starymi, kolorowymi bombkami i w połowie nieświecącymi lampkami. Niepozornie bystre, piwne oczy świdrowały białe, pilśniowe drzwi z wywieszką : „Dyrektor, Jan Laskowiecki”. Po chwili drzwi uchyliły się, kobieta raptownie się podniosła. Mężczyzna przyjaznym gestem zaprosił ją do środka. Gdy usiedli od razu zapytał:
  • Jak się pani czuje? Czy z dzieckiem wszystko w porządku?
  • Tak, dziękuję. Przyszłam, żeby pana o coś zapytać.
  • Jestem gotowy udzielić pani odpowiedzi. Słucham.
  • Czy Adam...czy Adam miał z kimś jakieś niewyjaśnione sprawy?
  • Co pani rozumie przez „niewyjaśnione”?
  • Czy był ktoś, kto mógłby mu źle życzyć?
  • Pani Julio...Wiem, że to dla pani trudne, ale proszę się z tym pogodzić.
Kobieta dotknęła brzucha, w jej oku zakręciła się łza.
  • Adam zginął w wypadku. Nie ma w tym niczyjej winy
  • Ja po prostu przeczuwam, że ktoś ma związek z tym, co się stało.
  • Pani Julio – westchnął mężczyzna.
  • To mi nie daje spokoju. Ta myśl, że mógłby być przy mnie, kiedy nasze dziecko się urodzi, że nauczyłby je jeździć na rowerze, kochać je, być ojcem... i mężem.
Emocje eksplodowały pod postacią łez. Mężczyzna podał jej chusteczkę. Kiedy się nieco uspokoiła, kontynuowała.
  • Znalazłam ostatnio list z pogróżkami. Ewidentnie ktoś chciał go uciszyć.
  • Niech mi pani obieca, że nie będzie się pani więcej mieszała w te sprawy. Adam był moim pracownikiem, ale przede wszystkim przyjacielem, muszę zadbać o pani bezpieczeństwo.
  • Czyli nie mogę na pana liczyć?
  • Pani Julio... to dla pani dobra. .
  • Do widzenia.
Wstała i wyszła, pozostawiając Laskowskiego wpatrzonego ze złością w miejsce na futrynie, w którym zobaczył ostatni skrawek jej płaszcza.
Wdowa wyszła na ulicę. Wokoło były porozwieszane świąteczne ozdoby, za witrynami znajdowały się kolorowe prezenty, swetry w renifery, skarpetki w promocji, wielobarwne paczuszki Jaki był tego wszystkiego sens? Jaki był sens kupowania męskich skarpet, strojenia się w czerwień, którą Adam tak kochał? Jaki był sens świąt bez niego? Straszna wiadomość o wypadku dotarła do niej w nocy z 28 na 29 listopada. Jej mąż był w delegacji, miał wrócić 30, ale sarna wybiegła mu na drogę i usiłując ją ominąć, uderzył w drzewo. Zginął na miejscu. Ciała nie widziała, bo rzekomo był to zbyt drastyczny widok. Julia była osobą wrażliwą o przyjaznej duszyczce, bardzo nieodporną na cierpienie innych. W czasach komuny, kobietom wygodniej było uchodzić za naiwną, niż feministkę.
Julia weszła na klatkę schodową, przekręciła klucz w drzwiach, za którymi czekało na nią tylko puste mieszkanie, bez ślęczącego wciąż przy maszynie do pisania faceta o brązowych lokach i inteligentnych zielonych oczach. Kobieta weszła do kuchni, zrobiła sobie herbatę, po czym podreptała do gabinetu męża. Podeszła do kredensu i wyjęła tomik poezji Juliusza Słowackiego. Wydobyła z niego kartkę, ze znaną już na pamięć treścią, odsłoniła zasłonę i przykleiła list do ściany obok kilkunastu innych nalepek. Były to między innymi zdjęcia z miejsca zbrodni, własne zapiski, bardzo niewiele. Usiadła, żeby spisać przebieg dzisiejszej rozmowy. Nie wnosiła niczego do sprawy, poza kolejną niewiadomą. W zasadzie najcenniejszym dowodem był list z pogróżkami, skierowany do niej. Pojawił się zaraz po jej konwersacji z najlepszym przyjacielem męża. Podzieliła się z nim swoimi przeczuciami, powiedziała mu odrobinę więcej niż komendantowi policji, z którym wcześniej rozmawiała, oraz Laskowieckiemu.
Oparła się o krzesło i patrzyła na sufit. Czuła się bezradna. Miała prawie pewność, ale żadnych niezbitych dowodów. Na zewnątrz wydawała się być smutna, przygnębiona, ale w środku niej znajdowała się otchłań rozpaczy. Strach sprawiał, że jeszcze bardziej krwawiła, jej serce było podziurawione jak sito, każdy dzień zadawał sztyletem kolejny cios. Każda myśl o nim, każde spojrzenie na jego zdjęcie bezlitośnie raniło jej psychikę. Lecz wiedziała, że wkrótce na świat przyjdzie ich dziecko i musi nie mieć wyrzutów sumienia, gdy powie mu, że jego ojciec był natchnionym obrońcą sprawiedliwości. Tak właśnie w jej oczach wyglądał. Już pierwszego wieczora kiedy go poznała, znalazła z nim nić porozumienia, która po niedługim czasie przerodziła się w miłość i pożądanie. Było to niecałe dwa lata temu. Wybrała się wtedy na wieczorek poetycki do Kawiarni Ziemiańska. Początkowo nie była do tego zbytnio przekonana, miał tam się pojawić jakiś młody dziennikarz, świeżo po studiach. Ale gdy tylko zobaczyła jego bystre oczy, jakby przysłonięte niewidoczną mgłą, odcinającą go od świata, nie żałowała straconego czasu. Mówił z głębi serca, był cyniczny i szczery w swoich wypowiedziach, to jej się podobało, bez żadnego dystansu, prosto z mostu i przede wszystkim był oszałamiająco przystojny. Została po spotkaniu i zaczepiła go pytając o coś z jego wykładu. Od razu zauważyła błysk w jego oku, ubrana w czerwoną sukienkę odznaczała się od wszystkich pań ubranych w małe czarne, miała wtedy włosy do łopatek, lekko podkręcone, a na ustach czerwoną szminkę kontrastującą z jej nieskazitelną, porcelanową cerą. Zaprosił ją na kolację, później umówili się na kolejną...i kolejną, po której zaproponował jej pokazanie swoich artykułów, znajdujących się w domu. Była pod wrażeniem, jego mieszkania, nie było bardzo duże, ale urządzone na bogato, zaprosił ją do salonu. Kiedy oglądała jego płyty, przyszedł z butelką wina, usiedli na sofie. I wylądowali, mimo że znajdowała się na drugim końcu mieszkania, w sypialni. Nigdy wcześniej nie była blisko z mężczyzną, podobała się jej jego natarczywość, ale jednocześnie delikatność. Niedługo później, bo po trzech tygodniach, oświadczył się jej. Później był ślub, wiadomość o ciąży, kilka miesięcy szczęśliwego, beztroskiego życia i śmierć ukochanego. Siedziała i płakała, w jej głowie rodziła się myśl. Wstała i podeszła do regału, zza niego wyciągnęła notes, zawahała się, po czym zaczęła czytać. Czytała dziennik męża bardzo dogłębnie, analizowała wers po wersie, znalazła tam potwierdzenie swoich przeczuć. Ktoś chciał go uciszyć, lecz jeszcze nie wiedziała kto.
Następnego dnia wzięła pamiętnik i udała się do redakcji. Miała Laskowieckiemu wiele do powiedzenia. Los tak chciał, że akurat trwało zebranie, Julia nie zamierzała czekać. Po wpływem impulsu wyjęła na stół wymówienie jej świętej pamięci męża, dzienniczka na szczęście nie. Mężczyźni zareagowali gromkim śmiechem.
  • Pani Julio...niech pani już przestanie, to wymówienie nie jest nawet podpisane. Nie wydał go nikt z sekretariatu.
  • List z pogróżkami, wymówienie i niezałatwione sprawy świadczą same za siebie – wykrzyczała kobieta.
  • Proszę nam nie przeszkadzać, rozmawiamy tu o ważnych rzeczach, nie powinna pani rozgrzebywać tej sprawy- z ironią dodał. - Naprawdę sama pani na to wpadła?
Laskowiecki wyraźnie kpił z kobiety.
  • Tak – dodała z udawaną dumą i głupawym uśmiechem.
  • Jestem pełen podziwu, na pewno byłaby pani świetnym detektywem.
Mężczyźni ponownie wybuchli śmiechem
  • Ale teraz proszę już wyjść.
„Wszystko przebiega zgodnie z planem” - myślała wychodząc. - „Rybka właśnie połknęła haczyk”
  • Musimy uciszyć w końcu tą sukę - niemalże wrzasnął.

                                                                      ***
Był mglisty wieczór, około godziny dwudziestej drugiej. Miasto już zasypiało, o tej porze i przy tej pogodzie nikt bez konieczności nie wychodził z domu. Julia wracała od swojej matki. Bardzo nalegali z ojcem, że ja odwiozą, ale pod naciskiem córki odpuścili, ponieważ jej mieszkanie znajdowało się tylko dwie ulice dalej. Kroczyła w miarę szybko, biorąc pod uwagę to, że była w zaawansowanej ciąży. Ulica, którą szła, nie była ruchliwa, zwłaszcza wieczorem, dlatego stukot jej obcasów był najgłośniejszym dźwiękiem. Rozmyślała, gdy z za rogu z piskiem wyjechał samochód. Zatrzymał się gwałtownie obok niej. Wszystko działo się w bardzo szybkim tempie. Z pojazdu wybiegł mężczyzna. Była tak oszołomiona, że nie pomyślała nawet o ucieczce. Całe życie stanęło jej przed oczami, napastnik zadał trzy zdecydowane ciosy w jej brzuch i Julia upadła. Auto w równie szybkim tempie odjechało. Nie straciła przytomności, dalej widziała wszystko jak przez mgłę. Pamiętała, że leżała na śniegu w zabrudzonym czerwoną farbą, bardzo dziwnym, ciepłym. Słyszała krzyk matki. „Jak zwykle dramatyzuje”- pomyślała. Widziała zielonookiego mężczyznę stojącego nad nią razem z jej ojcem. Zielonooki trzymał na rękach niemowlę, bardzo ładne, podobne do niego. Słychać było jakieś szepty, jakby zagłuszane przez głośną muzykę, mimo że wokół panowała cisza. Wyłowiła z nich jedno zdanie „zaopiekuję się nią, nie martw się...to jeszcze nie pora, musisz pojechać do szpitala.”
Ocknęła się w łóżku, odruchowo dotknęła brzucha. Był płaski jak deska. Płakała przez sen, jej gruczoły łzowe były już wyschnięte, niezdolne do wytworzenia łez. Straciła jedyny znak, że kiedyś był w jej życiu Adam, straciła dziecko będące sensem jej dalszego życia. W jej głowie krążyły myśli samobójcze. Ale pozostało jej jedno zadanie, które musiała wypełnić. Sprawiedliwości musiało stać się za dość.
Po kilku dniach Julia wróciła do domu. Wyglądała jak wrak człowieka, wykończona fizycznie i zmęczona psychicznie, ale jeszcze zdolna do racjonalnego myślenia. Usiadła w gabinecie. Miała notatnik, w którym widniał wyraźny zapis. Adam pisał jakieś artykuły, które komuś się nie spodobały. Wiedziała komu, ten ktoś pracował z nim, był nieuczciwy, postępował niezgodnie z prawem, chciał uciszyć jej skarb, stłumić głos sprawiedliwości, zagłuszyć go. Jutro złoży zeznania. „Ehh, jutro Wigilia” - pomyślała - „Trzeba odwiedzić matkę”.
***
Obudził ją dźwięk przekręcanego klucza w drzwiach. Pierwsza jej myśl „Pewnie Adam wrócił z delegacji”, ale prawda uderzyła ją niczym kilofem. Zaspana zapaliła lampkę nocną, postać za drzwiami zbliżyła się do drzwi. Zdradziła się, to koniec. Poczuła paraliżujący strach, zerwała się na równe nogi. W jej głowie szalała burza, słyszała dzwony żałobne, wiedziała, że to koniec, za chwilę pozna prawdę, której już nie zdąży pokazać światu. Ciemna sylwetka nacisnęła na klamkę. Serce uderzało jej tysiąc razy na sekundę, przełknęła ślinę, drzwi odchyliły się. Zamaskowana postać była przerażająca, ubrana na czarno, w kominiarce. Mężczyzna uśmiechną się szyderczo. Kobieta widziała całe zdarzenie, jakby w zwolnionym tempie. Włamywacz powoli sięgną do kominiarki i ją zdjął, odsłaniając znajome kobiecie rysy twarzy. Niemalże szkarłatne oczy biły nienawiścią.
  • A- Adrian? - wycedziła.
  • Co ty taka zdziwiona, nie poznajesz najlepszego przyjaciela swojego męża? Przyszedłem w odwiedziny.
Julia takiego scenariusza się nie spodziewała.
  • A więc to ty? Jak mogłeś?
  • Między innymi – zrobił krok do przodu, ona się cofnęła – w mniejszym stopniu, ale ja. Nie bezpośrednio, ale tak.
  • Dlaczego?
  • Oh – westchnął i usiadł na fotelu – ale to szablonowe, teraz ja wyjawię ci prawdę, ty będziesz zdziwiona i przerażona, ale ktoś przyjdzie ci na pomoc i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Eh. Jesteś naprawdę piękną kobietą. Kiedy przyszłaś pierwszy raz do kawiarenki, nam obu się bardzo spodobałaś. Ach, te twoje długie nogi.
Julia stała przy ścianie przerażona.
  • Ale nie bój się, nie zgwałcę cię, już mnie nie pociągasz. Byłaś z nim, to obrzydliwe.
  • Zamknij się! - krzyknęła resztkami sił.
  • Cicho – szepnął – zaraz będzie po krzyku.
I znowu czas przyśpieszył, okno otworzyło się nie wiadomo kiedy. Znalazła się na zewnątrz.
  • Wesołych Świąt! - usłyszała.

                                                                    ***
Na łóżku leżał mężczyzna, obok niego spała kilkuletnia dziewczynka o brązowych kręconych włosach i zielonych oczach, wtulona w blondwłosą kobietę. Pościel była wykrochmalona i pachniała świeżością. Pokój był znajomy im wszystkim.
  • Kochanie – szepnął zielonooki. – Julcia.
Kobieta obudziła się, rozpromieniała uśmiechem.
  • Tak tęskniłam.
  • Ja też. Cii, nasz skarb śpi.
  • Chcę ją poznać.
  • Spokojnie, niech się wyśpi. Mamy dla siebie całą wieczność.

wtorek, 5 lutego 2013

Wehikuł czasu

Witam! Ostatnio grzebiąc w papierach znalazłam coś co mnie wprawiło w samozachwyt, albowiem moje wiersze z dzieciństwa. Już jako dziecko coś pchnęło mnie w stronę literatury, jak widać. 


Serduszko

Wierszyk jest krótki, ale milutki.
Koszyczek,
w nim jabłuszko,
w jabłuszku serduszko.



Zielony tapczanik

Zielony tapczanik,
wieprzek siedział na nim
i ciągle zjadał banany,
a od tego ciągle dostawał nagany.

Wiosna w trawie

Szła raz wiosna i chowała się po kątach,
bo nie wiedziała, czy już pora by się krzątać.
Szła przez lasy i chowała wiosenne marakasy.
Szła też przez domki, zobaczyła tam bąki.
Pomyślała: ,,Są bąki, więc pora siać łąki".

Mała myszka

W dołku małym,
w norce maciupkiej,
 siedzi myszka,
o duszy milutkiej,
lecz boi się kota.
Ale ty jej powiesz,
że kot nie jest w zmowie.

Twój stworek

Bo może gdzieś,
gdzieś w ukryciu,
jest twój stworek, 
który ci powie,
co możesz, 
a czego wyobraźnia nie pojmuje.
Na przykład:
tabliczki mnożenia,
krzewów policzenia
i z diabłem się zmierzenia.

Lato

Żaby już fikają,
Ryby już pluskają,
Dzieci latawce puszczają,
Bo letnie czasy się zbliżają.

Wiosenne koraliki

Wiosna jak koraliki,
żółte mlecze rozsypała.
Uplotła tony kolczyków,
z wiosennych koralików.
Nad brzegiem morza i na drogach burzystych,
bo trzeba się przygotować,
by puszkiem poszybować

Kiedy je pisałam miałam góra dziesięć lat. Pamiętam, że wynosiłam fotel na balkon, brałam zeszyt i czekałam na natchnienie. Jakiś czas szukałam zeszytu, ale się zawieruszył, więc przestałam pisać.
Ostatnio sprzątając w pokoju przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie, a w głowie pojawiła się myśl; ,,To na prawdę ja napisałam?'. . Niektóre wersy mnie przeraziły (,,Z diabłem się zmierzenia"), ale są to na pewno twory mojej wyobraźni.
  Co o nich sądzicie? Byłam zdolnym dzieckiem? Mnie osobiście najbardziej podobają się ,,Wiosenne koraliki", a wam?

sobota, 15 grudnia 2012

Lubie to

Witam! Dzisiaj chciałabym wypowiedzieć się na temat tego, co dzieje się na popularnej, ogólnokrajowej stronie facebook.com, albowiem inwazji "I like it".

 Potencjalnym zadaniem Facebooka jest umożliwianie kontaktu osobom z różnych zakątków świata oraz udostępnianie ważnych informacji i zdjęć. Tymczasem logując na niego możemy zobaczyć setki aplikacji udostępniających obrazki z napisem typu „Jeśli jadłeś kiedyś chleb kliknij lubię to”. Odpowiedź jest oczywista. Jeśli każdy użytkownik zobaczyłby to zdjęcie i musiałaby uczciwie zadecydować, liczba „Lajków” zrównałaby się z listą osób zarejestrowanych na Facebooku. Więc co chce osiągnąć człowiek, który wprowadził ten obrazek do obiegu w sieci? Czy ma on z tego jakieś zyski? Czy dostaje pieniądze za robienie z ludzi idiotów? A może „Lajki” są jego niezbędnym do życia pożywieniem? Przedstawmy możliwy przebieg zdarzeń:

Pan X loguje się na facebooka, widzi, że jego znajoma Pani Y polubiła obrazek, na którym widniał napis "Jeśli kochasz swoją mamę, kliknij lubię to. Jeśli nie, zignoruj ." W głowie Pana X rodzi się myśl "Kliknę, żeby nie było, że nie kocham matki." Jego znajomi zostają powiadomieni, że Pan X polubił zdjęcie i tak łańcuszek jest przekazywany dalej, dalej i dalej...zatacza się błędne koło. Takie rzeczy są bardzo irytujące.

Co o tym sądzicie? Nie zgadzacie się? Zgadzacie? Czekam na wasze opinie.
~pozdrawiam :)

wtorek, 4 grudnia 2012

Na zachętę - ,,Srebrny pierścień"


Witam! Na początek postanowiłam pokazać się wam z mojej mocnej strony. Przedstawiam wam mojego tworu opowiadanie fantasy, które jest moim ulubionym gatunkiem literackim. Miłego czytania.

Było to późne wrześniowe popołudnie, piątek. Słońce świeciło, ale wiał chłodny, jesienny wiatr. W powietrzu unosił się zapach końca lata. Ostatnie ciepłe dni przemijały nieubłaganie, by wkrótce ustąpić miejsca deszczowej szarudze. Siedziałam na balkonie czytając książkę. Ilekroć próbowałam skupić się na jej treści, coś odwracało moją uwagę. Za moim domem rozciągał się piękny widok na wzniesienie, na którym znajdował się Małochwiej Mały, za nim różnokolorowe pola, a na uwieńczeniu wzgórza rósł las. Słońce przygotowywało się do wieczornej, wielobarwnej wędrówki po niebie, a mnie aż skręcało z wściekłości, że nie mam się czym zająć.
  • Kasiu, rozwieś pranie - dobiegł mnie głos mojej mamy.
    Myślałam, że wybuchnę z rozdrażnienia, ale powstrzymałam się do pewnego stopnia.
  • Nie mam czasu i ochoty – warknęłam, zamaszyście zamykając książkę. Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i z naburmuszoną miną wpatrywałam się w ciągnik, orzący w oddali pole. Przerażała mnie wizja jutrzejszego dnia. Sobota. W domu istny burdel, według mojej mamy, na polu ziemniaki, które trzeba zebrać.
  • Może w końcu byś w czymś pomogła? Cały tydzień tylko wymigujesz się lekcjami, więc może chociaż w piątek byś coś zrobiła?
      Poczułam, że nie wytrzymam ani chwili dłużej. Musiałam jak najszybciej wyjść z domu. Zeszłam do piwnicy i wyprowadziłam rower na podwórko, a następnie na ulicę. Wsiadłam na niego i popędziłam przed siebie. Skierowałam się w stronę zgórki, rozłożyłam ręce i zamknęłam na chwilę oczy.
      Czułam wolność, pragnienie przeżycia przygody jak z filmu. Postanowiłam pojechać w kierunku lasu. Zostawiłam rower gdzieś w krzakach i zagłębiłam się w przycienionych gęstwinach drzew. Niebo zaczynało zmieniać kolor na pomarańczowy. Przedzierałam się przez krzewy nie zważając na zadrapania. Zrobiło się chłodno lecz nie przejmowałam się tym. Gałęzie mierzwiły moje włosy, musiałam zamknąć oczy, żeby ich sobie nie wykuć Gdy je otworzyłam oślepił mnie blask bijący spomiędzy dębów. Rozciągała się za nimi duża polana przyozdobiona licznymi polnymi kwiatami, które lśniły w srebrzystej poświacie. Kiedy uniosłam wzrok ujrzałam pięknego, białego konia. Zrobiłam krok do przodu i dostrzegłam, że z czubka jego głowy wyrasta srebrny róg.
  • O matko! - szepnęłam
Śnieżnobiała grzywa i piękny ogon delikatnie powiewały na wietrze. Trzymał głowę w górze, wdzięcznie się prezentując. Unosiło się nad nim coś, jakby mgła, w której znajdowały się błyszczące drobinki. Sięgnęłam do kieszeni aby zrobić zdjęcie. Na moje nieszczęście, nie wzięłam telefonu. Ale nie było to wtedy najważniejsze.
Jednorożec chyba wyczuł moją obecność, bo zaczął zmierzać w przeciwną stronę. Musiałam pójść za nim, czułam wewnętrzną potrzebę, jakby przeznaczenie czekające na spełnienie. Z perspektywy czasu wydaje się to być śmieszne, ale tak było. Ostrożnie stawiając każdy krok i bezszelestnie odchylając gałęzie podążałam za cudownym stworzeniem. Zwierzę nagle nadstawiło uszu po czym popędziło galopem, ja także przyspieszyłam mimo że nie miałam szans w wyścigu z nim.
  • Za nim!
Zza drzew wyłoniło się kilku mężczyzn z kuszami w dłoniach. Z drugiej strony polany na przeciw jednorożcowi wybiegło trzech ludzi z dzidami. Stworzenie podniosło się na tylne nogi i zarżało donośnie niczym koń. Jakby znikąd pojawiła się strzała i ugodziła magiczne stworzenie w bok. Zaniemówiłam. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nie docierało do mnie to, co się stało. Tak niespotykane i bogu ducha winne stworzenie zginęło w ciągu zaledwie kilku sekund. Dlaczego? Dlaczego je zabili? Nie zrobiło przecież nikomu krzywdy, spokojnie jadło sobie trawę. W końcu się ocknęłam, zdałam sobie sprawę w jak niebezpiecznej sytuacji się znajduję. Stanęłam za jednym z drzew i czekałam aż odejdą.
  • Załadujcie go na przyczepę - polecił jeden z nich – ostrożnie, jest wart więcej niż ty i twoje nędzne życie!
Jednorożec żyje! Ostrożnie wychyliłam się zza drzewa. Wóz był już na skraju lasu, odczekałam chwilę zanim ruszyłam za nimi. Pomyślicie pewnie, że zwariowałam, ale jak już wcześniej wspominałam, czułam się odpowiedzialna za życie jednorożca.
Zaczynało zmierzchać. Ja wciąż zawzięcie i uparcie podążałam w tym samym kierunku. Miałam podrapane ręce i nogi, rany straszliwie piekły, gdzieś po drodze zgubiłam klapka. Zakręciło mi się w głowie, złapałam się gałęzi, lecz mimo to upadłam. Zamknęłam na chwilę oczy, wzięłam głęboki oddech i ponownie je otworzyłam. Usłyszałam wycie wilka, podziałało na mnie lepiej niż mocna kawa. Szybko się podniosłam i odwróciłam w obranym kierunku. Byłam niedaleko skarpy, podeszłam na jej brzeg okazało się, że moja męczeńska wędrówka nie poszła na marne. Na dole paliło się ognisko, a porywacze już dawno oddali się w objęcia morfeusza. W klatce na przyczepie stał jednorożec. Podeszłam z drugiej strony i zeszłam z pagórka.
  • Nie bój się, uwolnię cię – szepnęłam do zwierzęcia.
Klatka była zamknięta na klucz. Musiałam go zdobyć, los tego szlachetnego stworzenia spoczywał na moich barkach. Bezszelestnie podeszłam do mężczyzny, który miał torbę, uważałam żeby nie wydać jakiegokolwiek dźwięku. Nigdy wcześniej nie byłam w tak ryzykownej sytuacji, wystarczy, ze jeden z nich by się przebudził i już po mnie. Znalazłam w plecaku kółko z kluczami, były trzy. Równie ostrożnie wróciłam do jednorożca i zaczęłam sprawdzać klucze, oczywiście ostatni okazał się być tym właściwym. Gdy otworzyłam drzwiczki zwierzę zaczęło panicznie prychać, a następnie zarżało.
  • Ciii, chcę ci pomóc.
Ale na uciszanie było już za późno. Kupcy zerwali się na równe nogi. Jednorożec wyskoczył z klatki i dał mi do zrozumienia, że chce abym na niego wsiadła. Zrobiłam to, po czym ruszył galopem przez las. Nie sądziłam, że zwierzę może tak szybko biec. No cóż, w jego żyłach płynęła magia więc co tu się dziwić.
Było już bardzo ciemno, nie miałam pojęcia jak wrócę do domu, nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Rodzice pewnie mnie szukają, martwią się. Nie chciałam tam wracać, już nigdy. Przy jednorożcu czułam się bezpieczna. Nie mówił, co było ogromnym plusem. Nie wydawał mi poleceń, nie zrzędził mi nad uchem. Chyba przestał biec, nie pamiętam bo w tamtym momencie zasnęłam.
Poczułam na twarzy wilgoć i nieprzyjemne pieczenie. Szybko się przebudziłam. Stała nade mną czarnowłosa kobieta.
  • Co ja tu robię? Kim ty jesteś? - krzyknęłam zdziwiona.
  • Spokojnie, nic ci tu nie grozi. Chcę pomóc – poczekała aż do końca się uspokoję po czym kontynuowała – nazywam się Nimueh i jestem druidką. Mój syn znalazł cię w lesie.
  • Cz-czym jesteś? - Wytrzeszczyłam oczy.
  • Jesteśmy druidami, mieszkamy w tym lesie. Nie mamy zbyt dużej mocy, używamy drobnej magii.
  • W najskrytszych marzeniach nie pomyślałabym, że magia istnieje.
Do namiotu wszedł starszy mężczyzna i ukłonił się.
  • Witaj Wać Pani. Zwą mnie Iras. Jestem nieskrycie wdzięczny za ocalenie tak szlachetnego stworzenia jakim jest jednorożec.
  • Czułam się do tego zobowiązana.
  • Chcemy wyrazić naszą wdzięczność małym podarunkiem – wyjął z kieszeni czarnego płaszcza małą, skórzaną sakiewkę, podszedł i wyciągną ją w moją stronę skłaniając głowę.
  • Nie trzeba...
  • Nalegam Wać Pani.
Wzięłam sakiewkę do ręki i wyjęłam z niej zawartość. Był to pierścionek z krzyżykiem, znakiem jakiejś starej religii.
  • Został wykuty z seloneitu i wytopiony w wulkanie Satoru. Został stworzony dla władcy stworzeń magicznych, który niestety zmarł bezpotomnie. Spojrzałam na niego zaskoczona.
  • Teraz już jestem pewna, że nie mogę go przyjąć.
  • Przepowiednia głosi, że słonecznowłosa niewiasta przybędzie by ocalić magiczne stworzenie.
Założyłam obrączkę na palec i przyjrzałam się jej uważnie nie wierząc własnym uszom. Ja, zwykła dziewczyna, przywódcą magicznych istot? Druidów, jednorożców.
  • Zaraz. Gdzie jest jednorożec? - zapytałam zaniepokojona.
  • Odszedł, jednorożce żyją w samotności – odpowiedziała ciemnowłosa kobieta.
  • Co? - Zerwałam się na nogi i wybiegłam z izby.
  • Chyba się budzi – krzyknęła za mną kobieta.
Wbiegłam między drzewa i pomknęłam przez las ile tylko sił w nogach. Niespodziewanie poczułam silny ból w kostce. Otworzyłam oczy i zobaczyłam moją siostrę, a później mamę, na końcu tatę.
  • Obudziła się!
Rozejrzałam się zaspana, byłam w szpitalu.
  • Co ja... tu?
  • Spadłaś z balkonu i skręciłaś kostkę, ale już wszystko dobrze, jeszcze dziś będziesz mogła wrócić do domu – powiedziała mama głaszcząc mnie po głowie.
Poczułam żal w sercu. Wiedziałam, takie rzeczy nie dzieją się na prawdę, to tylko fikcja literacka. Wezbrała we mnie złość.
  • Zostawcie mnie samą, chcę odpocząć.
Odwróciłam się na drugi bok zakrywając twarz rękoma usiłując przywrócić piękny sen. Nagle dostrzegłam coś dziwnego. Nie do wiary! Na mojej lewej ręce lśnił srebrny pierścień z krzyżykiem. Złość odpłynęła i ustąpiła miejsca szczęściu. Miałam dowód, nie żeby pokazać innym, nie zależało mi na tym, miałam dowód dla siebie, że marzenia się spełniają.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Po co w ogóle to wszystko? (wstęp)

Witam!
Z powodu wielu pomysłów, rozmyślań i weny pragnę przeznaczyć tego bloga na pewnego rodzaju dziennik. Będę umieszczała na nim recenzje, opowiadania kilkupartowe, luźne wypowiedzi  oraz dyskusje na różnego rodzaju tematy. Mam nadzieję, że spodoba się wam mój język i subskrybujecie moją stronkę.
~Pozdrawiam :)